Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młody pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młody pies. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

Akita jaki jest każdy widzi



Ostatnimi czasy w ramach socjalizacji i uspołeczniania mnie, zmuszony jestem brać czynny udział w życiu wirtualnym. Jako że kogo nie ma na portalach społecznościowych, ten w praktyce nie istnieje zacząłem udzielać się na jednym z popularniejszych portali. W nazwie miał książkę, więc jako fanatyk czytania pomyślałem, że taki literacki portal to coś dla mnie. Ale skucha. Nie było nic o książkach, ale cóż powiedziało się A, trzeba powiedzieć B i tak zacząłem czynnie udzielać się na różnego rodzaju forach. Nie jest to trudne. Trzeba tylko wciskać taki kciuk do góry pod zdjęciami. Łatwizna. Dałem rade już za trzecim razem, przy okazji przepraszam tych dwoje, którzy myślą, że mi się nie podobało. Ha! I już się socjalizuję. Otóż podczas tych jakże pasjonujących zajęć natrafiłem na pewien wpis. Na zdjęciu był śliczny piesek marki Akita więc kliknąłem. Tu nastąpiła chwila niepewności egzystencjalnej, podczas której przekierowało mnie na odpowiednią stronę. Ze zdumieniem obserwowałem reklamę wyczynów kulinarnych (chyba bo go nie znam) jakiegoś być może celebryty, następnie z prędkością światła przemknęła mi przed oczami jakaś strona z bardzo ciekawymi zdjęciami. Nie były to psy, o nie… na pewno nie Psy.  Szkoda, że tak szybko odeszła w niebyt. Po czym zaoferowano mi bardzo okazyjnie sprzedawaną wyżymaczkę do pralki model Frania. I już byłem na właściwej stronie. OK. Czytam więc artykuł, który ktoś umieścił i w dziesięciu zgrabnie ujętych punktach opisywał typowe zachowania i powszechnie znane stereotypy funkcjonujące w świecie, a dotyczące Akit. Autor zachęcał do dyskusji. Poczytałem komentarze, muszę zaznaczyć, że bardzo zajmujące. Dowiedziałem się np., że koty nie chorują na boreliozę, a najlepsza dieta to ta złożona niemal wyłącznie z kapusty, kiszonej też. A rząd knuje spisek przeciwko mnie, dosłownie przeciwko mnie osobiście. Ludzie! Byłem wymieniony z imienia. A i jeszcze, że niejaki Hubert C. jest pedałem. Ok, niech sobie będzie. Ale pomyślałem też, że skoro tak każdy może, to mogę i ja. Też sobie napiszę o tym jakie Akity są w powszechnej wiedzy i jak się do tego mają nasze-w sensie, że moje. Zaznaczam, że są to moje i wyłącznie moje poglądy i subiektywne, ach jak bardzo subiektywne obserwacje i wnioski. W zasadzie odnosił się będę tylko do moich psów, choć mogę abstrahować. Hie, hie. Tak wiem. Trudne słowo.


Od czego by tu zacząć. Niech będzie agresja. Przeczytałem wiele opisów rasy. W znaczącej większości odradza się Akity osobom o słabym charakterze. Diabli wiedzą dlaczego mam aż trzy i planuję więcej. Myślę, że jestem typem maniakalno- depresyjno- samobójczym i chodzi mi po głowie spektakularne samobójstwo z użyciem stada Akit. Przyznacie, że za taki wyczyn trafię co najmniej na Onet. Będziecie mogli lajkować. A wracając do agresji: odradza się właśnie z uwagi na dominujący charakter rasy i skłonność do agresywnych zachowań. Trzeba nad nimi zapanować, a nie każdy to potrafi.  W zasadzie to prawda, ale… Mój Lisu ma bardzo dominujący charakter. Szkoda, że przejawia się to w najmniej odpowiednich momentach. Zresztą może zacznę od początku. Jako szczenię była to sama słodycz. No wiecie to przesłodkie przebieranie łapkami podczas biegu, te klapnięte uszka, to nieudolne wspinanie się na kanapę by po wejściu dumnie oddać mocz na poduszki. Oczywiście, każdy obcy pies był przyjacielem od pierwszego powąchania. Jeśli jakiś się pojawił, to była pełnia szczęścia, łącznie z piskami i sikaniem po butach. Moich.  No wszystkie te rzeczy. Ale czas nie stoi. Dorastamy. Lisu wyrósł na pięknego młodzieńca. Co się zmieniło w jego zachowaniu? W zasadzie nic. No może z wyjątkiem szczania na poduszki, teraz plama jest dużo większa. Żartuję, już od dawna nie sika w domu, nawet na poduszki. No i jeszcze tego, że ma ochotę zamordować każdego obcego psa, który wejdzie na jego teren. Myślę sobie, mieli rację. Akity to psy, które mają skłonności do agresji. Ale potem myślę sobie dalej- już taki ze mnie rezolutny chłopak. Przecież tak się zachowuje niemal każdy podwórkowy Burek. Chociaż jeśli spojrzeć głębiej to podwórkowe Burki mają ochotę zamordować również właściciela obcego psa, zresztą własnego właściciela również. Mój Lis natomiast nie przejawia takich inklinacji. Najlepiej wlazłby każdemu kto przychodzi do domu na ręce. Niestety ma swój gabaryt i nie każdemu się podoba jak po wejściu pada na ziemie, a Lisu radośnie mości sobie gniazdko w jego kurtce, uprzednio zręcznymi ruchami łap wbiwszy właściciela w rękaw. Śmiesznie wyglądają buty wystające z rękawa. 

Właściwie, gdyby na teren posesji wszedł złodziej to Lisu nie tylko pokaże mu gdzie są schowane klucze do domu, ale jeszcze drzwi przytrzyma żeby mógł z telewizorem wyjść. Ludzie nie interesują go w ogóle. Przynajmniej nie jako obiekt agresji. Właściwie są traktowani jako obiekty łatwo zdobywanego jedzenia. Bo przecież mało wyraźnie mówię. Proszę nie karmić psa przy stole- Oczywiście! - odpowiada każdy, ściskając pod stołem obydwie garście smakołyków. Sroka vel „UkrytyKangur” to jeszcze inna historia. Ta to jeszcze szczenięciem będąc, choć z osiągnięciami, robiła rzeczy niezwykłe. Półtora metra skoku pionowego zasługuje już na miano pionowego startu i uwzględnienie w księdze rekordów Guinnessa. Wchodzisz i nagle przed oczami ukazuje Ci się uśmiechnięty pyszczek z wywalonym jęzorem. Takie przeżycie może wywołać traumę u człowieka. Tak więc jakaś agresja jest. Ale do ciężkiej cholery, Akita to nie labrador. To jest Pies przez duże P. Zresztą nie jestem pewien czy chciałbym, aby po moim domu kręciły się takie ciepłe kluchy. Zaznaczyć należy, że zachowania terytorialne Lisa kierowane są tylko i wyłącznie względem psów, bo nie suczek. Suczki są Ok. Niestety czort wie dlaczego nie dopuszcza się kontrolowanej konsumpcji przedstawicieli Homo Sapiens. Znam kila osób, które chętnie widziałbym w roli potrawki. Może dzięki socjalizacji? Czy to wiek taki, że zjada tylko psy? Z obserwacji wiem, że nie każdy pies tak ma. Widziałem Akity, które spokojnie podchodzą do innych psów. Dają się obwąchać i nie reagują podnoszącym włosy na karku charkotem. Myślę, że reguły nie ma, ale ostrzeżenie jak najbardziej słuszne. 

Innym punktem było posłuszeństwo, i stwierdzenie, że Akita słucha tylko właściciela. Funkcjonuje stereotyp, że Akita jest posłuszna tylko jednemu panu i tylko jego polecenia będzie wykonywać. Z osobistych doświadczeń mogę stwierdzić gó…zik prawda. Jeżeli pies jest od małego socjalizowany, szkolony i uczony posłuszeństwa to zareaguje na właściwą komendę niezależnie od tego kto ją wyda. Najważniejsze jest co? Trzymać kabanosa w ręku i po sprawie. Moja córka -lat 7 i pół, pięknie szkoli psy. Za jedyny atut mając wielki kawał kiełbasy w dłoni. Lisu jakby mógł to by na przednich łapach stanął. Wyobraźcie sobie dziewczę- cały metr i 18 cm, które prosto w oczy spogląda groźnemu Akicie. Dokładnie prosto w oczy. Wzrostu są podobnego. Lisu ostatnio się wyciągnął. I pełnym, przekonanym o własnej słuszności głosem dziewczę wydaje polecenie. Lisu siad. Lisu z miną świadczącą o najwyższym znudzeniu siada. Następuje komenda Lisu waruj. Lisu waruje. Chwila niepewności. Mojej córce skończyły się pomysły. Ale przecież najlepsze są sprawdzone metody. Lisu Siad. Lisu podnosi się. Wygląda to jak narodziny kontynentu. Powoli jakby jego anielska cierpliwość została wystawiona na naprawdę ciężką próbę, Lisu powstaje. I tu następuje znaczące hmmmm…. Widzę, że moja córcia kombinuje z komendą znacznie wykraczającą poza zakres zainteresowań Lisa. Za chwilę nastąpi coś w rodzaju Lisu skacz na jednej nodze, albo jeszcze lepiej, zdechł pies. I ktoś wtedy zdechnie. Następuje moja interwencja. - Tamara daj już temu psu spokój. Niechętnie następuje przekazanie kiełbasy. Zasada działa w zasadzie dla każdego :). Jak masz kiełbasę to jesteś gość i usiądę dla Ciebie, ale nie przeciągaj struny. To w końcu tylko kiełbasa. Z Rudą jest zgoła inaczej. Podchodzisz z kawałkiem kiełbasy w ręku. Zanim zdążysz pomyśleć o czymkolwiek czujesz na ręku zęby i ktoś usiłuje wyjeść ci kiełbasę z dłoni. Zresztą nie tylko kiełbasę. Palce też mięso. Z wrażenia siadasz. Pierwsza komenda Siad zaliczona. Następuje szalony wybuch entuzjazmu. Coś usiłuje jednocześnie odgryźć Ci dłoń, polizać po twarzy, odgryźć Ci dłoń a ze szczęścia popuszcza na spodnie. Zrywasz się z ziemi, wrzeszcząc Ruda zostaw, jednocześnie usiłując uratować dłoń przed konsumpcją. Nie zaciska szczęk, więc nie jest to trudne. I tu następuje ten moment, w którym najlepszą i najbardziej pożądaną opcją jest przyłożenie jej tą kiełbasą. Najlepiej między oczy. Szkoda, że nie wolno. Konsekwencja. To słowo klucz. Więc trzeba doprowadzić do sytuacji, w której to pies wykonuje polecenia. Łatwo powiedzieć. Przy Rudej człowiek czuje się jak otoczony przez sforę. Skacze, usiłuje złapać zębami, skacze, kręci się w kółko, skacze, łapie za dłoń, skacze. Taka mała trąba powietrzna, ale pełna entuzjazmu. Trzeba wyczekać do odpowiedniego momentu i złapać za dupsko. Usadzić na ziemi i prosto w zaśliniony, chciwy i nienażarty pysk wrzasnąć SIAD! Następnie wyrzucamy kiełbasę możliwie daleko. Kiedy pobiegnie za nią, barykadujemy się w domu i dzwonimy po wsparcie. Ale Ruda to szczenię, w sumie tylko z nazwy, ale ma prawo być nieco niesforna (sic). Właściwie jak się zastanowić to Sroka była taka sama albo może nawet i gorsza. Chwilowo zastanawiałem się nawet czy przy jej poczęciu nie uczestniczył myśliwiec pionowego startu i lądowania typu Harier. Na szczęście jest nadzieja. Myślę, że po części musi być moją matką, bo nigdy jej nie tracę. Sroka wyszła na ludzi.
W przenośni oczywiście. Jak tylko pochowaliśmy tych, na których wyszła to wiem, że można wyszkolić Akitę. Trwało to długo. Kosztowało mnie 7% trwałego uszczerbku na zdrowiu. Już nigdy nie będę jadł pałeczkami, widelec stanowi wystarczające wyzwanie. Ha, ale się udało. Sroka jest najbardziej karną Akitą jaką mam. Jak zawołam „Do mnie” to przychodzi 6 razy na 10. I uprzedzając malkontentów, to świetny wynik. Dziś z doświadczeń ringowych wiem natomiast, że Akita podporządkuje się każdej osobie, która wie co robi. Osobiście widziałem jak zupełnie obce dla Lisa osoby ustawiały go tak jak chciały. Zresztą nie tylko Lisa. Ja sam ustawiałem obcego psa, nauczonego i dobrze wyszkolonego. Niestety zaznaczyć należy, że jeżeli Akicie się nie chce to nie będzie reagował na niczyje komendy. Leży wtedy i udaje, że śpi. I to śpi tak mocno, że nie budzi się nawet ciągnięty po brukowanej drodze. Albo jeszcze lepiej. Następuje czasowa i pełna utrata słuchu. Naukowo dowiedziona reakcja (Amerykańscy naukowcy dowiedli tego niezbicie, tuż po Radzieckich, szkoda tylko, że ci ostatni eksperymentowali na musze). Cokolwiek byś nie mówił, to Akita jest głuchy. Z doświadczenia wiem, że jest jedna, jedyna metoda by wyleczyć Akitę z tej przypadłości. Otwórz lodówkę. Któregoś razu Lisu podczas długiego spaceru po lesie stwierdził, że się zmęczył i dalej nie idzie. Oczywiście nastąpiło władcze, Lisu idziemy. Zostało wyniośle zignorowane. Ha. Myślę sobie. Trzeba okazać silną rękę, stanowczy przekaz, dominujący rys charakteru. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. No jakby mi ktoś w mordę dał. Pies mi ogłuchł. Nawet nie spojrzy. Stwierdziłem, że durnia z siebie robił nie będę i nie zacznę krzyczeć. Zresztą bez sensu. Do głuchego psa krzyczeć? To pojedynek woli. Albo ty, albo ja. Nie chcesz iść, dobrze. Będzie wleczone. Zobaczymy jak szybko wymiękniesz. Kur… . Nie wymiękł. Wlokłem go jakieś 10 metrów po drodze a on udawał, że jest zamyślony. Do samochodu zostało metrów jakieś piętnaście. Niestety przed nami kałuża, niemal wyłącznie z błota. Stoję przed nią i kalkuluję. Jak go przeciągnę przez nią to się bydle nawet nie przejmie. Tylko się uświni. I co? Czeka mnie kąpanie brudasa. A mnie tak bardzo się nie chce. Z drugiej strony, jeśli głęboka jest? Uparte bydle gotowe się utopić. Zrobi mi na złość i się utopi. I co? Co ja ze zwłokami zrobię. Jak ja żadnego szpadla do lasu nie wziąłem. Szlag, jaki ja mało przewidujący jestem. Co było robić. Wziąłem na ręce i do samochodu zaniosłem. Na szczęście w domu była lodówka i słuch odzyskał. Ach ta nowoczesna medycyna. 
Wiem, że funkcjonuje wiele, wiele stereotypów o Akitach. O kilku z nich jeszcze napiszę. Np.
Gryzienie dłoni.
Nie lubi obcych dzieci i nie tylko
Chowają urazę
Nie szczekają
 Jeden właściciel. Tu pozwolę sobie stwierdzić, że jest to raczej uwarunkowanie kinematograficzne. Zapewne, każdy właściciel Akity wie o jaki filmie mówię. Ale o tym w kolejnej części.
Ale może i Wy macie jakieś pomysły. Postaram się do każdego odnieś na przykładzie własnych przeżyć i doświadczeń. Tylko na miłość Bogów. Wiem, że koty nie chorują na boreliozę, nie interesuje mnie odmienna orientacja seksualna Tomasza B. I proszę, mam już dość kapusty. Nawet kiszonej. Ale jeśli wiecie jakie zamiary ma w stosunku do mnie Rząd to zapraszam na priv. Jak zwrócono mi uwagę zapraszam do dyskusji. Choć w sumie po dogłębnym zastanowieniu to nie. Podsuńcie pomysły. I tak wiem, że będzie się to wiązało z przeczytaniem komentarzy. Niestety nie znoszę krytyki. Ale niech tam poświęcę się. 
ja
Loki

poniedziałek, 21 listopada 2016

Wejście Sroki



                Jak kupować psa było wcześniej. Nauczeni na własnych błędach, postanowiliśmy ich nie powielać. Brawo my. A, że do tańca trzeba dwojga postanowiliśmy dokonać kontrolowanego zakupu suczki. Tu nastąpił trudny moment decyzyjny. Właściwie ja to nie miałem problemu. Moje kryterium było proste. Ma być śliczna, mądra, posłuszna, grzeczna, nie gryźć mebli, kapci, ubrań, dłoni, nie obgryzać paznokci, nie zadawać się z elementem aspołecznym – tutaj wykluczyłem naszą całą rodzinę, ale niech stracę – dobrze się uczyć i ogólnie być tym czym nasze dzieci na ogół nie są. Skoro mam wybór to zrekompensuję sobie braki genetyczne własnych potomnych. Moja żona niestety miała wybitnie kobiece, wysoce frustrujące żądania i wymagania. A w jakim będzie kolorze? I czy będzie się do chodnika w przedpokoju dobrze komponowała? Gupia baba. Będzie w zielonym, żeby się od trawnika nie odróżniała. Po zastanowieniu głębokim, doszedłem do wniosku, że to jednak ważkie pytanie i zielona być nie może. Szkoda bo zawsze lubiłem ufoludki. No ale jak nie zielona, to jaka? Już jakiś czas temu hołubiliśmy myśli o własnej małej i kameralnej hodowli. Więc odpowiedź przyszła niejako sama. Ma nie być czerwona. Lisu jest czerwony, oczywiście tylko z umaszczenia, więc psia panna będzie inna. W związku z tym, że mieszkamy w kraju jakim mieszkamy poza czerwonym dostępne są już tylko dwa politycznie poprawne kolory. Czarny i niebieski. Okazało się, że niebieskich nie produkują, więc pozostaje czarny. Nie jest źle, czarne produkują. Niestety z domieszką białego. Trudno, może podczas lustracji przejdzie. I tak zostało postanowione. Bierzemy pręguskę. No to teraz od kogo? O i tu leży kot pogrzebany, niech mu ziemia maksymalnie ciężką będzie co by się bydle nie wygrzebało. Nastąpiło jak już wcześniej napisałem odpowiedzialne i rzeczowe poszukiwanie hodowcy. Wszelkie konkursy piękności w naszej wysoce subiektywnej opinii wygrała hodowla Akogareno Pani Patrycji Lewandowskiej. A jako że szczęśliwym trafem miał niedługo zaistnieć miot po prześlicznych rodzicach postanowiliśmy nawiązać bliższy kontakt. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy to pozwolono nam wybrać imię dla naszej przyszłej, małej, mądrej, itp., itd córeczki. Jako, że suczką miała się zajmować moja lepsza połowa (sic), to ona miała zaszczyt i honor nadania imienia. I tak wyszła Sroka. Musiało brzmieć z japońska więc po japońsku Kasasagi. Też ślicznie. 


                Tu następuje cały szereg perypetii związanych z porodem i tym jak czekaliśmy aż pojawi się nasza mała panna. Potem, kiedy już się pojawiła czekaliśmy aż dorośnie na tyle by dołączyć do naszego szczęśliwego stadka. Przetrwaliśmy ten trudny czas i w końcu, żeby zacytować klasykę, nadejszła wiekopomna chwila. Szczęśliwie mieliśmy do załatwienia w okolicy inne sprawy, więc bez przeszkód mogliśmy się wybrać na wystawę. Znaczy pojechać po Srokę uprzednio pojechawszy na wystawę. Nie to, że wystawy mojego Lisa są ważniejsze, ale jak to się mówi bliższa koszula ciału. Tak więc kiedy już wygraliśmy mogliśmy w spokoju ducha pojechać po to nasze małe szczęście. Oczywiście nastąpił szczegółowy wywiad co do nas i naszych warunków. Przecież takie śliczne szczenię nie dostanie się w łapska nieodpowiednich ludzi. Przeszliśmy. I tak klamka zapadła Sroka vel Kasasagi została oficjalnie członkiem rodziny. Małe toto było, takie zupełnie nieogarnięte. Przestraszone, zestresowane a tu jeszcze przejażdżka samochodem. Bite 300 km. z okładem. Myślę sobie da rade. Twarda dziewucha, co ma nie dać. Nie dała. A to dziwne, bo Lisu czuje się w aucie lepiej niż w domu, jakby mógł toby nie wysiadał. Sroka za to wymiotuje na sam widok samochodu. I tak nastąpiła nasza pierwsza podróż. Właściwie to trafniej byłoby napisać i tak została zarzygana nasza pierwsza podróż. Nie było mowy o podróży w bagażniku. Z kilku powodów. Bo to małe, bo to jej pierwsza taka długa podróż, bo musi być z mamusią, bo tam jest czysty Lisu i żadne szczeniaki nie będą na niego wymiotować, mowy nie ma. Startujemy. Odpalam silnik i tu niespodzianka. Śniadanie ląduje na zewnętrznym, Na szczęście były to kolana mojej żony. Nawet nie wiecie jak to się w tapicerkę wżera. A smrodu to przez tygodnie nie można usunąć. Na szczęście jak napisałem pomiędzy fotelami a Sroką występowała strefa demarkacyjna w postaci mojej żony. I to ona wyłapała całość wstępnie przetrawionej, muszę tu zaznaczyć markowej karmy. W sumie to nie ma strachu. W świecie perfum byłby to najmniej Chanell. W samochodzie rozszedł się specyficzny zapaszek tej perfumy. Patrzę do tyłu i pytam czyścisz się czy jedziemy dalej. Moje lepsze pół patrzy na mnie zza kurtyny wzbierających łez i z całym poświęceniem do jakiego tylko matka jest zdolna słodko odpowiada – Jedź już …rwa. No to jadę. Chwila gorączkowych poszukiwań na podłodze pozwoliła ujawnić plastikowy kubeczek. Cała głowa co prawda nie wlazła, ale pyszczek i owszem. Dobra nasza myślę jest pojemniczek nie będzie źle. Trzysta metrów dalej nastąpiła kolejna fala. Pojemniczek się skończył. Myślę sobie – To będzie diablo długa podróż. Chwila przerwy. Szybkie czyszczenie, opróżnianie pojemników i kieszeni i dalej w drogę. Po jakimś kilometrze i opróżnieniu dwóch kubeczków Sroce skończyła się twarda amunicja. Nastąpił okres ślinienia się i suchych (głupia nazwa bo nie mają nic wspólnego z suchością) wymiotów. Kubeczek regularnie napełniany zużył się po jakiś pięćdziesięciu kilometrach. Do domu w szlag daleko. Samochód tonie w ślinie. Lisu zaciekawiony co też się dzieje w dziale pasażerskim regularnie usiłuje przeleźć przez oparcie by zaznajomić się z obrzygańcem. 



Obrzyganiec na zmianę ślini się jest targany spazmami lub piszczy. Strefa demarkacyjna co chwila podaje nowe fakty co do stanu garderoby, która właśnie przemokła. Ja jadę autostradą, na której wszyscy postanowili jechać również. No zabawa na sto fajerek. Myślę sobie jak wrócę do domu to spalę prawo jazdy i samochód na dokładkę. Już nigdy nie wsiądę za kółko, na pewno nie w tym żygowozie. Ale nic to. Jestem dzielny, jestem twardy, jestem głodny ale na samą myśl o jedzeniu mam ochotę zabrudzić deskę rozdzielczą. Jedziemy więc dalej. Wesoło jest. Lisu coraz natarczywiej usiłuje przeforsować swoje prawa do jady w dziale pasażerskim, moja żona informuje mnie, że sweterek, w który radośnie śliniła się Sroka jest już przemoczony kompletnie, zresztą jej bielizna również. Żąda mojej bluzy. Jakieś tiry urządzają wyścigi przede mną z prędkością 60 km/h. To jest …rwa autostrada, a nie defilada z okazji święta Wojska Polskiego. No istny dom wariatów. A bluzy nie dam i koniec. Nikt nie będzie rzygał w moją ukochaną bluzę. Tę z Garfieldem. W końcu ciemną nocą dojechaliśmy do domu. Jesteśmy. Teraz czeka mnie już tylko trzyletnia terapia u psychoterapeuty i półroczna u psychiatry. Ale jesteśmy w domu. Cali, żywi, zmęczeni i zarzygani. Wysadzam Lisa niech chłopak odpocznie. To była dla niego trudna podróż. Jak ja go qrwa rozumiem. Wyciągamy Srokę. No jasne teraz nie chce wyjść. Bo przecież trzeba być asertywnym. W samochodzie źle. Na zewnątrz jeszcze gorzej. Udało się. Mamy przewagę siły i wagi. Zanosimy do domu. Zaznajom się ze swoim nowym domem maleńka. I tu proszę jakie to rezolutne, jakie ciekawskie, jakie wszędobylskie. Po chorobie lokomocyjnej śladu nie ma. Wszędzie wlezie, wszędzie naszcza, wszystko obwącha, wszystko zobaczy, wszystko oszczała jeszcze raz, wszystko chce poznać. Mądrusia jest. Następuje zapoznanie się z całą rodziną. Skoki, głaskanie, mizianie, smyranie w brzuszek no pełnia szczęścia. Dosłownie. 



Sroczka nie okazuje strachu, czy choćby niepokoju. Zadowolona, że świat przestał pędzić w nieznane bez jej udziału. Co więcej wszyscy dookoła składają należne jej hołdy. Poszedłem oczyścić auto. Moja córka udała się ze mną. Włożyła głowę do auta, zmarszczyła nosek i pełnym obrzydzenia głosem pyta. Tato co tu tak śmierdzi. Szczęście – odpowiedziałem. Nadeszła w końcu chwila, aby nowego domownika przedstawić Lisowi. Pamiętni reakcji na Joko jesteśmy czujni jak ważki. Dajemy do powąchania. W sumie Sroka zalatuje głównie treścią żołądkową więc nie ma strachu. Lisu nigdy rzygów nie ruszał. Obwąchał. Opatrzył. Trącił łapą. Pisk straszliwy, no lament jakby jej co najmniej dwie nogi urwało. I stracił zainteresowanie. Mój bohater. Sroka szybo się zaaklimatyzowała. Szybo zaakceptowała nowy dom, nowy teren, nowych domowników. No może z wyjątkiem koteczki. Okazało się, że jest faktycznie bardzo mądrą dziewczynką. Biega, skacze, wącha, skacze, poznaje świat, skacze, maltretuje Lisa, skacze, żre wszystko co jej się nawinie, skacze, jest przykładem radosnego, skaczącego dzieciństwa wciąż rzygającego w samochodzie. Patrząc z perspektywy czasu zastanawiam się czasami czy myśmy przypadkiem nie kupili źle umaszczonego kangura. Ale to już inna opowieść. 

Ja
Loki