Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akita inu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akita inu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 września 2017

European Dog Show 2017 czyli wielka wyprawa!



VOL. 1
Wróciliśmy, żyjemy więc będziemy opowiadać ku przestrodze i dla potomności może nie o stricte Akitach, ale o niecodziennym wyjeździe na pewną wystawę. Bo jak się nie podzielę tą przygodą to mnie chyba jakiś udar trafi. No coś tak niesamowitego trafia się raz w życiu. Nie żartuję. Od kiedy zapadła decyzja o naszym udziale w tym przedsięwzięciu czułem się jakbym brał udział w filmie Barei. Jak się zapewne domyślacie piszę o Euro Dog Show 2017, organizowanym na Ukrainie, w Kijowie. To takie ościenne państewko w stanie wojny, które kiedyś było naszą rubieżą. Dzisiaj już nie jest i nie wychodzi im to na zdrowie. Ale nie o układach polityczno/historycznych, cokolwiek bym prywatnie nie sądził na ten temat. Otóż pewnego pięknego wiosennego wieczoru zapadła brzemienna w skutki decyzja. Jedziemy! Ha! Bo co my nie pojedziemy? Jak nie my to kto? No w sumie wszyscy inni, ale przecież nie o to chodzi. To EuroDS i takie tam. Przecież wypada być, chcemy zobaczyć i w ogóle. No dobra. OK. Skoro trzeba to trzeba. Decyzja podjęta, kobyłka u płotu, klamka zapadła, baba z wozu i różne takie. Zgłaszamy psy. Pierwsze pytanie, które? Jak to, które. Wszystkie. Nasze i może jeszcze ze dwa sąsiada. Niby Akit nie ma, ale jak się przystrzyże i ufarbuje to może ujdą za Leonbrgery Akicie Osowieckie.  Że niby taka hodowla wielka, postępowa i rozwojowa. Ale system nie przyjął dodatkowych psów. Nie wiem dlaczego. Takie ładne i rude. A, że większe od sędziego? To wina dzisiejszej diety, sterydów w karmach, złych filmów i brutalnych gier wideo. No młodzież dzisiaj taka wyrośnięta. Cóż pewnie chodziło o Osowiecką, że niby za mała dziurka na mapie coby światowa Ukraina wiedziała o jej istnieniu. Ale nie poddajemy się. Po wnikliwym przestudiowaniu systemu rejestracji zgłoszeń w języku rodzimym wystawie, następnie w międzynarodowym, były dostępne również krzaczki wschodnie, które jednak nic nam nie powiedziały, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy gotowi dokonać karkołomnej czynności zgłoszenia. Jam tego dokonywał, albowiem jestem osobą światową o dużej wiedzy w temacie zgłoszeń. Wpisałem wszystko co było wymagane. Numer chip, imię i nazwisko, przydomek hodowlany, rozmiar stopy, umaszczenie, preferencje żywieniowe, adres, ulubiony kolor sąsiadki mieszkającej trzy domy dalej, jeszcze dokładniejszy adres (był tu pewien problem, albowiem nie wiem jak w jednorodzinnym umieścić numer mieszkania, oczywiście niezbędnie wymagany), preferencje żywieniowe sąsiada mieszkającego w równoległym domu trzy ulice w prawo patrząc od równoleżnika 0 i takie tam nieistotne szczegóły. Ale jestem twardy, więc przebrnąłem przez formularz. Nastąpił nieuchronny moment płatności. Zapłaciłem. Bolało. Dumny i blady położyłem się spać po zaledwie 7 godzinach dokonywania prostej rejestracji.


Następnego dnia miałem potwierdzenie rzetelnego i wielogodzinnego zgłoszenia jak również zainkasowania płatności. Również niebagatelnej. Płatności dokonałem kartą MasterCard i pewnie dlatego kilka dni później moja mina była bezcenna. Otóż organizatorzy przypomnieli mi, iż podczas mojej płatności zapomniałem zapłacić. Hmm, myślę sobie późno było może i czegoś nie kliknąłem. Sprawdzam historię konta. Płatność poszła. Pobrałem potwierdzenie i z krótkim tłumaczeniem, że musiała zajść jakaś pomyłka przesłaliśmy organizatorom. Otrzymaliśmy uprzejmą odpowiedź, że istotnie wszystko jest jak powinno być, i że nie mamy się czym martwić albowiem ALL IS DONE. Super. Trzy dni później ponownie zgłasza się do nas organizator, z prośbą o uregulowanie płatności. !!!. Ale, że jak to tak. Dzwonię więc do banku z awanturką. Tam mi jasno i klarownie wytłumaczono, że po pierwsze proszę nie krzyczeć, a po drugie Ukraina kasę wzięła. I, że proszę się z nimi dogadywać. Szlag. Najlepiej po seczuańsku bo oni ani ludzkiego ani angielskiego nie panimają. Zresztą po rusku też nie kumają, choć posługują się ich alfabetem. Cała przepychanka trwała przez kilka miesięcy. Zdążyłem zapaść na wrzody żołądka z przerzutami na wycięty wyrostek robaczkowy. W pewnej chwili odkryłem, że cierpię na zaawansowaną depresje, odmiana czarna, że siedzę w koronie naszego tulipanowca i rozważam udźwig konarów. W dłoni trzymam sznur. Tulipanowiec jako drzewo szczególnie współczulne momentalnie wyłysiał był z liści i do dziś straszy gołymi gałęziami. Na dowód mogę zamieścić zdjęcie. Moja żona natomiast z tego wszystkiego zapadła na wysoce zjadliwą odmianę choroby znanej z wieków średnich, a wdzięcznie zwanej kurwicą. Choć jak się zastanowić to chyba była cholera. Zresztą nieważne. Charakteryzowało się to tym, że gdy wypowiadała się o organizatorach EDS 2017, to wpadała w szczególnie kwiecisty słowotok. No majstersztyk sztuki oratorskiej. Bo przez kilkanaście minut używając jedynie słów obelżywych i powszechnie uznanych za wulgarne potrafiła opisywać organizatorów, ich matki, ojców, bliższą i dalszą rodzinę oraz kazirodcze stosunki panujące pomiędzy nimi. Nierzadko włączając w to urządzenia małego AGD oraz owoce i warzywa. Nasza walka z EDS trwała długo i była zażarta, korespondencja liczy kilkaset stron wydruków milowych i zaangażowane w nią było MSZ, kuria papieska oraz Towarzystwo Przyjaciół Origami na Ukrainie. Za sprawą naszych psów doszło do pojednania papistów z prawosławnymi i zawieszenia broni na Krymie, jak również opracowania papierowego sedesu, ze spłuczką, działającego. Ale zgłosić psów się nie udało. Dopiero moja niezastąpiona żona przez znajomą hodowczynię z Ukrainy zdołała zdobyć karty zgłoszeń, nadal niezgłoszonych psów. Niestety było już za późno abyśmy zdołali zgłosić Pary Hodowlane. 


Jak się okazuje, dokumentacja wymagana do wyjazdu zza wschodnią granicę obejmuje dużo więcej. Pomijając badanie weterynaryjne ważne 48h oraz zdjęcia w paszportach psich, do przekroczenia granicy potrzebne jest świadectwo zdrowia wydane przez Powiatową Inspekcję Weterynaryjną. Cóż, przygotowany na schody zadzwoniłem. Moja PIW znajduje się w Pruszkowie. Muszę powiedzieć, że obsługa jest rzeczowa, kompetentna i znająca się na tematyce. Zostałem umówiony na konkretny dzień i godzinę. Powiedziano mi co muszę posiadać. Całą sprawę załatwiono w pół godziny. No nic tylko polecać. Tego to się nie spodziewałem. Byłem tak zaskoczony, że wychodząc nadal miałem niedowierzająco otwartą gębę. Ponadto rzecz, która zwie się miareczkowaniem a co jest w rzeczywistości pomiarem ilości przeciwciał we krwi po szczepieniu na wściekliznę. Wynik musi być większy niż 0,5. Samo to trwa ze dwa miesiące. Znaczy wynik elektroniczny przychodzi w miarę szybko, bo już po dwóch tygodniach. Niestety certyfikat papierowy otrzymuje się najwcześniej po sześciu tygodniach. Bo z Niemców jedzie. Moje stado zostało przebadane z należytym wyprzedzeniem, jak na odpowiedzialnego wystawcę przystało. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy się dowiedziałem, że Lisu jak najbardziej, Sroka Super, Ruda yyy coś nie wyszło i trzeba powtórzyć. AAAAA to się nie dzieje. Do wystawy miesiąc. A ta pokraka mała i czerwona, choć jakże piękna i kochana nie ma miareczkowania. Na gwałt nowe badanie trzeba zrobić. Cóż. Wynik papierowy nie przyszedł do dzisiaj. Miareczkowanie w paszporcie zostało oparte o elektroniczny wynik przesłany z laboratorium na jeden dzień przed wyjazdem. 

No rzutem na taśmę. W międzyczasie gdzieś odezwał się nasz hotel. Ponoć wszystko jest w porządku i psy są przyjmowane bez problemu. Śpieszą jedynie donieść, że psy do 3 kg. Do kurwa ilu??? Ludzie. Takich psów nie ma! A jak są, to to nie są psy. Psy nie ważą do 3 kg. Tyle to waży zapasiona świnka morska albo kurczak rasy brojler. Więc korespondencja z hotelem. Tym zajmowała się moja rozsądna żona. Wytłumaczyła państwu w hotelu, że istotnie posiadamy zwierzęta. Istotnie waż nieco więcej niż 3 kg. A tak właściwie to są chomiki, ale ostatnio nieco przesadziły z ziarnami. No wiedzą państwo te zboża Emo i pestycydy i jeszcze efekt cieplarniany. No utyło im się odrobinę. Oni, że wszystko rozumieją, że nie ma sprawy, że przyjeżdżajcie. Trzeba tylko nieco dopłacić. Nieco to znaczy, ile? liczycie od kilograma powyżej trzech? Nie, jednorazowo za pso-chomika. A wiela tego będzie? No tyle i tyle. Ufff ważne, że przyjmą. Ale można by zaznaczyć to na początku, a nie na dwa tygodnie przed wystawą. Zwłaszcza, że rezerwacja robiona 3 miesiące temu. No cyrk i wojna jakaś. Koniec, końców zapakowaliśmy się w samochód i jedziemy. Transport też nieco cudacznie wyglądał. Pojazd do największych nie należy. A w nim jakieś bagaże, psy, klatki, psy, moja żona, psy, kanapek jak na wyprawę siedmiodniową do miejsca, gdzie supermarketu nie uświadczysz, co więcej powszechnie znany jest fakt braku żywności. No istny festyn, tyle że mobilny. Dojechaliśmy do granicy. Stanęliśmy i podziwiamy. Niby nie ma na co patrzeć, bo noc ciemna choć oko wykol. Trzeci stopień zasilania i latarnie nie świecą. Ale podziwiać warto. Pewne rzeczy zobaczyć można tylko tutaj i nigdzie indziej. Kolejka idzie dość sprawnie. Co więcej jest specjalnie wyznaczona bramka oznakowana jako tylko dla obywateli UE. Trzy pojazdy przed nami. No i o co tym wszystkim czarnowidzom chodziło. Jakie godziny stania, jakie koszmarne kolejki. Przecież to potrwa chwilę. I faktyczne. Celnik wzywa. Kontrola paszportowa, odprawa celna. O widzę, że mają państwo pieski. Postanowiłem grać światowca co to na niejednej granicy już paszport zgubił i dalej w deseń lekko wiejski. Ano mamy. Jakie ładne. Ano ładne. No to proszę otworzyć bagażnik. Ano otworzę tylko proszę przytrzymać jakby chciały uciec. Następuje chwila nieoznaczoności i konsternacji. Aaa groźne one? Ano groźne. Znaczy gryzą? Ano mogą. Eee to chyba nie ma potrzeby otwierać! Nie no co pan, otworzę. Nie, nie trzeba. Oj tam, oj tam tylko pan łapie tego dużego, bo po pana stronie wyskoczy. NIE TRZEBA OTWIERAĆ! Serio - zdziwiłem się teatralnie. Oskara mam w kieszeni, ach ten JA. Musiałem jeszcze pokazać psie paszporty. Bez prezentacji psów rzecz jasna. Szczególnie bez pokazywania psów. Wszyscy dziwnie na to nalegali. Nawet moje szczere zapewnienia, że przecież na wystawę jedziemy i wyglądają szczególnie ładnie nikogo nie przekonały. I Już jesteśmy za granicą. I tu się zaczął trzeci świat.


 Dopiero teraz zrozumiałem o czym mówili, że stać trzeba godzinami. Jezdnia długa, że końca nie widać. Upchana samochodami tak, że gdyby było to możliwe piętrowo by się ustawiali. Idź szukać weta. To moja żona, wybitny specjalista w sprawie przekraczania granicy krajów byłego bloku ZSRR. Nie będę się kłócił. Biorę dokumenty i idę szukać. Trzecia w nocy, a ja kilkaset metrów dalej dogaduje się ze strażnikiem granicznym w kwestii gdzie znajdę wetwracia. Celnik wyraz twarzy miał tylko nieco inteligentniejszy od słupka, o który się opierał. Ale wykazał szczególne zainteresowanie moim problemem. Wylewnie i drobiazgowo wyjaśnił mi, zapewne w języku uzbekistańskim, bo ni cholery nie zrozumiałem, że jak się dalej będę pchał w przejście graniczne to po łbie dostanę. Słów nie rozumiałem, ale gesty i owszem. Zaprałem moje dokumenty i wróciłem w noc do samochodu. I co już załatwiłeś. Pyta żywo zainteresowana moja współhodowczyni. Znaczy co? Gram idiotę. Gówno. Słyszę w odpowiedzi. A to tak. Tam jest ubikacja. Lekarza. Załatwiłeś pieczątkę od weta? Nie. To idź i załatw. Bo na stronie pisali, że trzeba od razu do weta iść po pieczątkę. Więc tłumaczę, że jesteśmy na pasie demarkacyjnym i do granicy to jeszcze ze trzysta metrów kolejki. I jak dojedziemy to poszukam weta. No dobra to gdzie ta toaleta. Jaka toaleta, aż mnie w fotel wbiła tak nagła zmiana tematu. No ta, w której byłeś. Ręce mi opadły.
Po jakichś trzech godzinach dotarliśmy do szlabanu. Podniósł się. Przekroczyliśmy pas ziemi niczyjej. Znaleźliśmy się na terenie Ukrainy. Opuściliśmy cywilizację. Cyrk trwał nadal, tyle, że teraz w cyrylicy. Cdn…    

środa, 16 sierpnia 2017

Akita jaki jest każdy widzi



Ostatnimi czasy w ramach socjalizacji i uspołeczniania mnie, zmuszony jestem brać czynny udział w życiu wirtualnym. Jako że kogo nie ma na portalach społecznościowych, ten w praktyce nie istnieje zacząłem udzielać się na jednym z popularniejszych portali. W nazwie miał książkę, więc jako fanatyk czytania pomyślałem, że taki literacki portal to coś dla mnie. Ale skucha. Nie było nic o książkach, ale cóż powiedziało się A, trzeba powiedzieć B i tak zacząłem czynnie udzielać się na różnego rodzaju forach. Nie jest to trudne. Trzeba tylko wciskać taki kciuk do góry pod zdjęciami. Łatwizna. Dałem rade już za trzecim razem, przy okazji przepraszam tych dwoje, którzy myślą, że mi się nie podobało. Ha! I już się socjalizuję. Otóż podczas tych jakże pasjonujących zajęć natrafiłem na pewien wpis. Na zdjęciu był śliczny piesek marki Akita więc kliknąłem. Tu nastąpiła chwila niepewności egzystencjalnej, podczas której przekierowało mnie na odpowiednią stronę. Ze zdumieniem obserwowałem reklamę wyczynów kulinarnych (chyba bo go nie znam) jakiegoś być może celebryty, następnie z prędkością światła przemknęła mi przed oczami jakaś strona z bardzo ciekawymi zdjęciami. Nie były to psy, o nie… na pewno nie Psy.  Szkoda, że tak szybko odeszła w niebyt. Po czym zaoferowano mi bardzo okazyjnie sprzedawaną wyżymaczkę do pralki model Frania. I już byłem na właściwej stronie. OK. Czytam więc artykuł, który ktoś umieścił i w dziesięciu zgrabnie ujętych punktach opisywał typowe zachowania i powszechnie znane stereotypy funkcjonujące w świecie, a dotyczące Akit. Autor zachęcał do dyskusji. Poczytałem komentarze, muszę zaznaczyć, że bardzo zajmujące. Dowiedziałem się np., że koty nie chorują na boreliozę, a najlepsza dieta to ta złożona niemal wyłącznie z kapusty, kiszonej też. A rząd knuje spisek przeciwko mnie, dosłownie przeciwko mnie osobiście. Ludzie! Byłem wymieniony z imienia. A i jeszcze, że niejaki Hubert C. jest pedałem. Ok, niech sobie będzie. Ale pomyślałem też, że skoro tak każdy może, to mogę i ja. Też sobie napiszę o tym jakie Akity są w powszechnej wiedzy i jak się do tego mają nasze-w sensie, że moje. Zaznaczam, że są to moje i wyłącznie moje poglądy i subiektywne, ach jak bardzo subiektywne obserwacje i wnioski. W zasadzie odnosił się będę tylko do moich psów, choć mogę abstrahować. Hie, hie. Tak wiem. Trudne słowo.


Od czego by tu zacząć. Niech będzie agresja. Przeczytałem wiele opisów rasy. W znaczącej większości odradza się Akity osobom o słabym charakterze. Diabli wiedzą dlaczego mam aż trzy i planuję więcej. Myślę, że jestem typem maniakalno- depresyjno- samobójczym i chodzi mi po głowie spektakularne samobójstwo z użyciem stada Akit. Przyznacie, że za taki wyczyn trafię co najmniej na Onet. Będziecie mogli lajkować. A wracając do agresji: odradza się właśnie z uwagi na dominujący charakter rasy i skłonność do agresywnych zachowań. Trzeba nad nimi zapanować, a nie każdy to potrafi.  W zasadzie to prawda, ale… Mój Lisu ma bardzo dominujący charakter. Szkoda, że przejawia się to w najmniej odpowiednich momentach. Zresztą może zacznę od początku. Jako szczenię była to sama słodycz. No wiecie to przesłodkie przebieranie łapkami podczas biegu, te klapnięte uszka, to nieudolne wspinanie się na kanapę by po wejściu dumnie oddać mocz na poduszki. Oczywiście, każdy obcy pies był przyjacielem od pierwszego powąchania. Jeśli jakiś się pojawił, to była pełnia szczęścia, łącznie z piskami i sikaniem po butach. Moich.  No wszystkie te rzeczy. Ale czas nie stoi. Dorastamy. Lisu wyrósł na pięknego młodzieńca. Co się zmieniło w jego zachowaniu? W zasadzie nic. No może z wyjątkiem szczania na poduszki, teraz plama jest dużo większa. Żartuję, już od dawna nie sika w domu, nawet na poduszki. No i jeszcze tego, że ma ochotę zamordować każdego obcego psa, który wejdzie na jego teren. Myślę sobie, mieli rację. Akity to psy, które mają skłonności do agresji. Ale potem myślę sobie dalej- już taki ze mnie rezolutny chłopak. Przecież tak się zachowuje niemal każdy podwórkowy Burek. Chociaż jeśli spojrzeć głębiej to podwórkowe Burki mają ochotę zamordować również właściciela obcego psa, zresztą własnego właściciela również. Mój Lis natomiast nie przejawia takich inklinacji. Najlepiej wlazłby każdemu kto przychodzi do domu na ręce. Niestety ma swój gabaryt i nie każdemu się podoba jak po wejściu pada na ziemie, a Lisu radośnie mości sobie gniazdko w jego kurtce, uprzednio zręcznymi ruchami łap wbiwszy właściciela w rękaw. Śmiesznie wyglądają buty wystające z rękawa. 

Właściwie, gdyby na teren posesji wszedł złodziej to Lisu nie tylko pokaże mu gdzie są schowane klucze do domu, ale jeszcze drzwi przytrzyma żeby mógł z telewizorem wyjść. Ludzie nie interesują go w ogóle. Przynajmniej nie jako obiekt agresji. Właściwie są traktowani jako obiekty łatwo zdobywanego jedzenia. Bo przecież mało wyraźnie mówię. Proszę nie karmić psa przy stole- Oczywiście! - odpowiada każdy, ściskając pod stołem obydwie garście smakołyków. Sroka vel „UkrytyKangur” to jeszcze inna historia. Ta to jeszcze szczenięciem będąc, choć z osiągnięciami, robiła rzeczy niezwykłe. Półtora metra skoku pionowego zasługuje już na miano pionowego startu i uwzględnienie w księdze rekordów Guinnessa. Wchodzisz i nagle przed oczami ukazuje Ci się uśmiechnięty pyszczek z wywalonym jęzorem. Takie przeżycie może wywołać traumę u człowieka. Tak więc jakaś agresja jest. Ale do ciężkiej cholery, Akita to nie labrador. To jest Pies przez duże P. Zresztą nie jestem pewien czy chciałbym, aby po moim domu kręciły się takie ciepłe kluchy. Zaznaczyć należy, że zachowania terytorialne Lisa kierowane są tylko i wyłącznie względem psów, bo nie suczek. Suczki są Ok. Niestety czort wie dlaczego nie dopuszcza się kontrolowanej konsumpcji przedstawicieli Homo Sapiens. Znam kila osób, które chętnie widziałbym w roli potrawki. Może dzięki socjalizacji? Czy to wiek taki, że zjada tylko psy? Z obserwacji wiem, że nie każdy pies tak ma. Widziałem Akity, które spokojnie podchodzą do innych psów. Dają się obwąchać i nie reagują podnoszącym włosy na karku charkotem. Myślę, że reguły nie ma, ale ostrzeżenie jak najbardziej słuszne. 

Innym punktem było posłuszeństwo, i stwierdzenie, że Akita słucha tylko właściciela. Funkcjonuje stereotyp, że Akita jest posłuszna tylko jednemu panu i tylko jego polecenia będzie wykonywać. Z osobistych doświadczeń mogę stwierdzić gó…zik prawda. Jeżeli pies jest od małego socjalizowany, szkolony i uczony posłuszeństwa to zareaguje na właściwą komendę niezależnie od tego kto ją wyda. Najważniejsze jest co? Trzymać kabanosa w ręku i po sprawie. Moja córka -lat 7 i pół, pięknie szkoli psy. Za jedyny atut mając wielki kawał kiełbasy w dłoni. Lisu jakby mógł to by na przednich łapach stanął. Wyobraźcie sobie dziewczę- cały metr i 18 cm, które prosto w oczy spogląda groźnemu Akicie. Dokładnie prosto w oczy. Wzrostu są podobnego. Lisu ostatnio się wyciągnął. I pełnym, przekonanym o własnej słuszności głosem dziewczę wydaje polecenie. Lisu siad. Lisu z miną świadczącą o najwyższym znudzeniu siada. Następuje komenda Lisu waruj. Lisu waruje. Chwila niepewności. Mojej córce skończyły się pomysły. Ale przecież najlepsze są sprawdzone metody. Lisu Siad. Lisu podnosi się. Wygląda to jak narodziny kontynentu. Powoli jakby jego anielska cierpliwość została wystawiona na naprawdę ciężką próbę, Lisu powstaje. I tu następuje znaczące hmmmm…. Widzę, że moja córcia kombinuje z komendą znacznie wykraczającą poza zakres zainteresowań Lisa. Za chwilę nastąpi coś w rodzaju Lisu skacz na jednej nodze, albo jeszcze lepiej, zdechł pies. I ktoś wtedy zdechnie. Następuje moja interwencja. - Tamara daj już temu psu spokój. Niechętnie następuje przekazanie kiełbasy. Zasada działa w zasadzie dla każdego :). Jak masz kiełbasę to jesteś gość i usiądę dla Ciebie, ale nie przeciągaj struny. To w końcu tylko kiełbasa. Z Rudą jest zgoła inaczej. Podchodzisz z kawałkiem kiełbasy w ręku. Zanim zdążysz pomyśleć o czymkolwiek czujesz na ręku zęby i ktoś usiłuje wyjeść ci kiełbasę z dłoni. Zresztą nie tylko kiełbasę. Palce też mięso. Z wrażenia siadasz. Pierwsza komenda Siad zaliczona. Następuje szalony wybuch entuzjazmu. Coś usiłuje jednocześnie odgryźć Ci dłoń, polizać po twarzy, odgryźć Ci dłoń a ze szczęścia popuszcza na spodnie. Zrywasz się z ziemi, wrzeszcząc Ruda zostaw, jednocześnie usiłując uratować dłoń przed konsumpcją. Nie zaciska szczęk, więc nie jest to trudne. I tu następuje ten moment, w którym najlepszą i najbardziej pożądaną opcją jest przyłożenie jej tą kiełbasą. Najlepiej między oczy. Szkoda, że nie wolno. Konsekwencja. To słowo klucz. Więc trzeba doprowadzić do sytuacji, w której to pies wykonuje polecenia. Łatwo powiedzieć. Przy Rudej człowiek czuje się jak otoczony przez sforę. Skacze, usiłuje złapać zębami, skacze, kręci się w kółko, skacze, łapie za dłoń, skacze. Taka mała trąba powietrzna, ale pełna entuzjazmu. Trzeba wyczekać do odpowiedniego momentu i złapać za dupsko. Usadzić na ziemi i prosto w zaśliniony, chciwy i nienażarty pysk wrzasnąć SIAD! Następnie wyrzucamy kiełbasę możliwie daleko. Kiedy pobiegnie za nią, barykadujemy się w domu i dzwonimy po wsparcie. Ale Ruda to szczenię, w sumie tylko z nazwy, ale ma prawo być nieco niesforna (sic). Właściwie jak się zastanowić to Sroka była taka sama albo może nawet i gorsza. Chwilowo zastanawiałem się nawet czy przy jej poczęciu nie uczestniczył myśliwiec pionowego startu i lądowania typu Harier. Na szczęście jest nadzieja. Myślę, że po części musi być moją matką, bo nigdy jej nie tracę. Sroka wyszła na ludzi.
W przenośni oczywiście. Jak tylko pochowaliśmy tych, na których wyszła to wiem, że można wyszkolić Akitę. Trwało to długo. Kosztowało mnie 7% trwałego uszczerbku na zdrowiu. Już nigdy nie będę jadł pałeczkami, widelec stanowi wystarczające wyzwanie. Ha, ale się udało. Sroka jest najbardziej karną Akitą jaką mam. Jak zawołam „Do mnie” to przychodzi 6 razy na 10. I uprzedzając malkontentów, to świetny wynik. Dziś z doświadczeń ringowych wiem natomiast, że Akita podporządkuje się każdej osobie, która wie co robi. Osobiście widziałem jak zupełnie obce dla Lisa osoby ustawiały go tak jak chciały. Zresztą nie tylko Lisa. Ja sam ustawiałem obcego psa, nauczonego i dobrze wyszkolonego. Niestety zaznaczyć należy, że jeżeli Akicie się nie chce to nie będzie reagował na niczyje komendy. Leży wtedy i udaje, że śpi. I to śpi tak mocno, że nie budzi się nawet ciągnięty po brukowanej drodze. Albo jeszcze lepiej. Następuje czasowa i pełna utrata słuchu. Naukowo dowiedziona reakcja (Amerykańscy naukowcy dowiedli tego niezbicie, tuż po Radzieckich, szkoda tylko, że ci ostatni eksperymentowali na musze). Cokolwiek byś nie mówił, to Akita jest głuchy. Z doświadczenia wiem, że jest jedna, jedyna metoda by wyleczyć Akitę z tej przypadłości. Otwórz lodówkę. Któregoś razu Lisu podczas długiego spaceru po lesie stwierdził, że się zmęczył i dalej nie idzie. Oczywiście nastąpiło władcze, Lisu idziemy. Zostało wyniośle zignorowane. Ha. Myślę sobie. Trzeba okazać silną rękę, stanowczy przekaz, dominujący rys charakteru. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. No jakby mi ktoś w mordę dał. Pies mi ogłuchł. Nawet nie spojrzy. Stwierdziłem, że durnia z siebie robił nie będę i nie zacznę krzyczeć. Zresztą bez sensu. Do głuchego psa krzyczeć? To pojedynek woli. Albo ty, albo ja. Nie chcesz iść, dobrze. Będzie wleczone. Zobaczymy jak szybko wymiękniesz. Kur… . Nie wymiękł. Wlokłem go jakieś 10 metrów po drodze a on udawał, że jest zamyślony. Do samochodu zostało metrów jakieś piętnaście. Niestety przed nami kałuża, niemal wyłącznie z błota. Stoję przed nią i kalkuluję. Jak go przeciągnę przez nią to się bydle nawet nie przejmie. Tylko się uświni. I co? Czeka mnie kąpanie brudasa. A mnie tak bardzo się nie chce. Z drugiej strony, jeśli głęboka jest? Uparte bydle gotowe się utopić. Zrobi mi na złość i się utopi. I co? Co ja ze zwłokami zrobię. Jak ja żadnego szpadla do lasu nie wziąłem. Szlag, jaki ja mało przewidujący jestem. Co było robić. Wziąłem na ręce i do samochodu zaniosłem. Na szczęście w domu była lodówka i słuch odzyskał. Ach ta nowoczesna medycyna. 
Wiem, że funkcjonuje wiele, wiele stereotypów o Akitach. O kilku z nich jeszcze napiszę. Np.
Gryzienie dłoni.
Nie lubi obcych dzieci i nie tylko
Chowają urazę
Nie szczekają
 Jeden właściciel. Tu pozwolę sobie stwierdzić, że jest to raczej uwarunkowanie kinematograficzne. Zapewne, każdy właściciel Akity wie o jaki filmie mówię. Ale o tym w kolejnej części.
Ale może i Wy macie jakieś pomysły. Postaram się do każdego odnieś na przykładzie własnych przeżyć i doświadczeń. Tylko na miłość Bogów. Wiem, że koty nie chorują na boreliozę, nie interesuje mnie odmienna orientacja seksualna Tomasza B. I proszę, mam już dość kapusty. Nawet kiszonej. Ale jeśli wiecie jakie zamiary ma w stosunku do mnie Rząd to zapraszam na priv. Jak zwrócono mi uwagę zapraszam do dyskusji. Choć w sumie po dogłębnym zastanowieniu to nie. Podsuńcie pomysły. I tak wiem, że będzie się to wiązało z przeczytaniem komentarzy. Niestety nie znoszę krytyki. Ale niech tam poświęcę się. 
ja
Loki