Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą champion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą champion. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Veni, vidi, vici EDS 2017 KIEV część 2


Jako że chcemy uchodzić za światłych obywateli Europy, przeczulonych na punkcie wszelkiej maści pozwoleń i deklaracji, natychmiast pobiegłem szukać weterynarza. W celu uzyskania niezbędnych zaświadczeń uprawniających nas do pobytu na terenie obcego państwa. Po trzecim maratonie wzdłuż kolejki uzyskałem w końcu odpowiedź, że jak będę odprawiany to ktoś weta wezwie. A teraz mam się nie pętać wśród samochodów, bo ktoś mnie rozjedzie. Najpewniej celnicy, bo jestem namolny i dupę zawracam jakimiś psami. Jak się okazało podczas odprawy celnej, weterynarz jest nieobecny. Bo jest 3 w nocy, a uczciwi urzędnicy państwowi o tej porze to uczciwie śpią w domu. I ponownie żebym dupy nie zawracał i nie tamował kolejki. No nic. Podwinąłem ogon pod siebie i przekroczyłem granicę nie będąc sprawdzany weterynaryjnie. No to jesteśmy na terenie państwa w stanie wojny. Niby środek Europy, a jakoś tak nie tak. Z wypowiedzi na mądrych forach byliśmy świadomi, że polską walutę najlepiej wymienić na granicy. Ale przelicznik nijak się nam nie zgadzał z tym czym raczyło nas mądre forum. Ci na Ukrainie też łby mają i pokapowali się, że gdzieś się coś dzieje, najpewniej z psami związane, bo co i rusz przylatują ludzie objuczeni klatkami i psami w klatkach. Więc przelicznik na bogato podkręcili. Wiadomo stać cię na psy stać cię i na podwójną stawkę za ichniego Uach-a. Okradać to my a nie nas orzekliśmy chórem. Nie będziemy przepłacać. Nie będziemy wspierali lokalnej polityki cinkciarskiej. Najpewniej w kantorze stojącym przy szosie na Kijów jakieś 100 km. dalej przelicznik będzie uczciwszy. Jak się okazało pierwszy kantor poza granicą znajdował się 500 km. dalej w Kijowie. I faktycznie miał uczciwszy przelicznik, niestety nie tak bardzo jak nam się wydawało. Ale co tam każde 3 grosze zaoszczędzone to też pieniądz. Ale póki co jedziemy przez Ukrainę. Podziwiamy piękne pejzaże. Konie w ilości mnogiej pasące się na pastwiskach. Człowiek odnosi wrażenie, że znalazł się w jakimś raju agroturystycznym. Na lewo koń na prawo dwa, a środkiem szosa bieży. Żeby sparafrazować popularną piosenkę byłego systemu. Aż tu nagle niespodzianka. Poboczem przemieszcza się wóz. Taki jak u mojego wujka na wsi widziałem, ze dwadzieścia, nie lepiej ze trzydzieści lat temu. Taki drabiniasty. Wyładowany słomą w snopkach. W snopkach! Szkoda, że dzieci nie zabraliśmy. Snopki bym im pokazał. Bo u nas to tylko w skansenie na Mazurach albo innych Bieszczadach można takie zobaczyć. I ten wóz koń ciągnie. Znaczy się, że jak? To nie agroturystyczne koniki? Tylko do pracy w polu. Ludzie trójpolówka, pług jednoskibowy i konie pracujące w polu odeszły już do lamusa. I to wiele lat temu. Ogarnęła mnie dziwna groza i w głowie pojawiło się nie wiem czemu „Strefa Mroku – Uwięzieni w czasie”. Droga w sumie dobra, pewnie na euro wybudowana. No przecież ciągnik powinien jakiś dojechać. Ale nie. Nie dojechał. A jak już zobaczyłem ludzi układających własnymi „rencami” snopki ze zboża to zdębiałem. Oj mechanizacja nie dotarła jeszcze w te strony. I wtedy zacząłem się bać. W baku ćwiartka, w kieszeni waluty żadnej, znaczy ichniej, bo nasza i ta lepsza to jest. Stacja benzynowa mijana co jakiś czas wygląda jak obiekt napadu wojowników autostrady rodem z „Mad Maxa”. Kantoru ani widu, ani słychu. Zresztą nie jestem pewien, czy jakbym zaczął pytać o wymianę walut to wyszedł bym z tej konwersacji żywy.
A może wzorem starych bajek z przed wieków, autochtoni widząc obcego postanowili by go zjeść? A ja taki napchany cholesterolem z Mac’Donalda. Jeszcze bym im zaszkodził, potruł co gorsza. Oni przecież nieprzyzwyczajeni do żywności z barwników, konserwantów i różnych takich E-ileśtam. Kurde jeszcze mnie o ludobójstwo oskarżą. No tego bym nie przeżył. Taka reklama naszego wspaniałego kraju. I te nagłówki w lokalnych piśmidłach. „Wraży Polak otruł podstępnie lokalną społeczność w akcie bezsensownego sabotażu”. No wstyd i hańba. I jeszcze moje zdjęcie. Choć pewnie lajków na FB miałbym z tysiąc. W końcu na horyzoncie ukazała się jakaś mniej lub więcej cywilizacja. Znaczy miasto chyba jakieś. Niestety nie dane nam było go obejrzeć z bliska, albowiem droga szerokim łukiem omijała, ów przybytek kultury, luksusu i kantorów zapewne. Ha, ale cóż to? Cóż to? Nawet na przedmieściach pyszni się stacja benzynowa rodem z naszych czasów. I nawet nie napadnięta przez koczowniczych nomadów autostrady. Zajechaliśmy na parking. Z pewną tak nieśmiałością zbliżyliśmy się do lśniących chromem drzwi. I przez okno zaglądamy czy aby płatności kartą przechodzą. Bo na drzwiach, jeśli nalepka z wizerunkami kart obsługiwanych była, to dawno temu ktoś ją ukradł. Pewnie w celach zarobkowych. Na stacji zaparkowane pojazdy, ostatni raz tyle Ład to w muzeum motoryzacji widziałem. A i duży fiat 125p przewija się całkiem często, przeplatany wołgą i moskwiczem. Ukraina powinna być Mekką wielbicieli aut ze słusznym rocznikiem w dowodzie. No mówię wam. Co drugi obywatel jeździ tam zabytkiem. Ale nic to. Moja żona, odważnie weszła do przybytku nowoczesności. Ja natomiast postanowiłem rozkminić system tankowania paliwa. Po kilku próbach doszedłem do 95% pewności, że to co zamierzam wlać w bak to paliwo znane wszystkim jako ON. Wepchnąłem dozownik w dziurę baku i cisnę. Cisnę. I cisnę. Nic nie leci. Kurde, jeszcze nie zacząłem, a już popsułem. Jak nic Polak przyjechał i całą stację benzynową popsuł samą obecnością. Idę więc na stanowiska z kasami i tłumaczę, że to nie moja wina, ja tylko dotknąłem. Nic nie robiłem i nie będę płacił za popsucie całej stacji. Bo jak już to tylko ten jeden popsułem. Pani w kasie patrzy na mnie wzrokiem kompletnie wypranym ze zrozumienia. Ostatni raz widziałem taki u nauczycielki w ogólniaku, kiedy zawile tłumaczyłem brak zadania domowego spowodowany uderzeniem niewielkiej asteroidy w biurko, na którym leżał mój zeszyt. Widząc, że tłumaczenia nie odnoszą rezultatu już miałem zamiar się rozpłakać i brać ją na litość, kiedy dotarło do mnie, że chcę wiedzieć, ile chcę zatankować. Znaczy jak to ile? Do pełna. Ale ile? No DO PEŁNA, wychodzę z założenia, że jeśli będę mówił głośno i powoli to mnie zrozumieją. Dodaję, że na Ukrainie to nie działa. A ile to jest do pełna. A skąd ja kurwa mogę wiedzieć. Co ja w baku z miarką siedzę. Dłuższa wymiana zdań i gestów doprowadziła do poznania zadziwiającego obyczaju. Ja mówię, ile chcę paliwa, w litrach. Oni kasują za to i puszczają wachę do baku. Poleciałem do samochodu sprawdzić, ile mi brakuje. Szybkie obliczenia z suwakiem logarytmicznym doprowadziły mnie do opinii, że 40 litrów powinienem zmieścić. A jak się nie zmieści to co? Na asfalt wyleję? No dobra niech będzie 35. Zatankowałem. Dumny i blady włączam silnik. Kurde, 40 też by wlazło. I tak tocząc się po drodze przygotowanej na euro dotarliśmy do miasta Kijów. 

Na przedmieściach musieliśmy się upewnić, u miejscowej policji czy to aby ten właśnie Kijów. Okazało się, że chyba ten. I, że do centrum to w prawo trzeba skręcić. Jako że karty telefoniczne miejscowych telefonii po drodze były niedostępne, a transmisja danych roamingowych na Ukrainie liczona jest w setkach złotych, zmuszeni byliśmy korzystać z miejscowej pomocy. Mieszkańcy Kijowa są bardzo uprzejmi i chętni do udzielania wskazówek. Jak się okazało wszyscy znali hotel, gdzie mieliśmy się zatrzymać. Szkoda tylko, że każdy znał inny nasz hotel. Udzielili nam szczegółowych wskazówek dzięki, którym już po godzinie błądzenia byliśmy w hotelu. Co więcej napotkaliśmy pierwszy od granicy kantor, w którym zaopatrzyliśmy się w miejscową gotówkę, wdzięcznie nazywaną Hrywny. Co na polski tłumaczone jest Łachy. Przelicznik o 3 grosze mniejszy niż na granicy. Tutaj najwidoczniej też słyszeli o psiarzach. Hotel jak się okazało, był całym kompleksem budynków. Całkiem okazałych. W recepcji doszło do pewnego zabawnego nieporozumienia. Albowiem, podczas rezerwacji została pobrana opłata, która później została zwrócona, z niewiadomych przyczyn i trzeba zapłacić jeszcze raz. Oczywiście ustalenie czy została zwrócona czy nie musiało poczekać do chwili powrotu. Bo od nich do polskich banków jakoś nie da się zadzwonić. No wiecie zmiana czasu, ustroju, mentalności. Znaczy się, że co? Nie ma dla nas pokoi? Nie no są. Tylko trzeba za nie zapłacić na miejscu. Widząc jak mojej żonie, odpowiedzialnej za płatności, żyłka pulsuje na skroni doszedłem do wniosku, że pani w recepcji jest na dobrej drodze do utraty fizjonomii. Nie chcąc spędzać pobytu na wizytach w areszcie, postanowiłem jakoś uspokoić moje lepsze pół. Spokojnie więc i uprzejmie poprosiłem ją o odprężenie się. Nie będę składał zawiadomienia o ciężkim uszczerbku na zdrowiu. W końcu to moja żona, jeszcze mi dołoży więcej. Ale podziałało. Jak tylko zdjęliśmy śmiertelnie przerażone psy z kandelabrów, psy dodaję znane z braku lęku i szaleńczej odwagi. Moja małżonka, już znacznie bardziej odprężona przystąpiła do finalizacji naszego pobytu w rzeczonym hotelu. Myślę, że dużo pudru i innych podkładów ukryją sińce na mojej twarzy. A jakby co to powiem, że mnie autobus potrącił. Trzy razy. A i jeszcze sprawa przesyłki. Kiedy już wszystko było załatwione. Zameldowani i my i psy. Moja żona głosem słodkim jak mniód pyta czy już doszła do nas paczka, wysłana na adres hotelu. Bo na wystawę zamówione zostały specjalne sznury-smycze, takie do wystawiania Akit. Jako że nie zdążyłyby dojść do nas w Polsce, poprosiliśmy o przesłanie na adres hotelu. Pani miotała się dłuższą chwilę po recepcji i zapleczu. W końcu ustaliła. Paczki nie ma. A kiedy będzie? No jeśli nie przyszła dzisiaj to najpewniej w poniedziałek. Bo teraz jest długi weekend i poczta ma wolne. ŻE KURWA CO PROSZĘ. Przecież my wyjeżdżamy w niedzielę. Nie, no jakiś film. Czeski chyba zresztą. Czy cokolwiek w tym wyjeździe pójdzie tak jak powinno? Czy w tym popierdolonym kraju cokolwiek działa tak jak trzeba? Czułem się jak w jakiejś ukrytej kamerze. Nawet zacząłem się rozglądać za scenarzystami pochowanymi w krzakach. Filmowców nie było. Chyba. No nic to. Idziemy na apartamenty. O i tu zaskoczenie. Pokój wielki jak kort. Z przedsionkiem wielkim jak szatnia szkolna. Co prawda w szafie tylko jeden wieszak, ale jakoś będziemy umieli z tym żyć. Nasze psiaki stanęły na wysokości zadania. Lisu wpadł do środka jak dziki i w pierwszym odruchu zaczął znakować teren. Tu i tu, i tam. Zanim zdążyliśmy zareagować objuczeni tobołami mocz radośnie spływał po ścianach. Nie myśląc wiele porwaliśmy za papierowe ręczniki, służące za papier toaletowy i nuże usuwać znakowania. W czasie, kiedy byliśmy na kolanach, Ruda nasze szczęście i kochanie, wskoczyła na łóżko i na samym środeczku wielkiego dwu a nawet trzy osobowego wyra, spompowała się jak cysterna. Ona przez całą drogę, pomimo licznych spacerów i obejścia całego terenu hotelu dwukrotnie musiała to w sobie dusić. No szlag, specjalnie ściskała zwieracze, żeby zrobić coś takiego. Innego wyjścia nie ma. Porzuciłem wycieranie podłogi na rzecz ratowania posłania. Cały czas mając na oku Srokę i tylko czekając, kiedy postawi klocka w przedsionku. Czując na sobie ciężar mojego spojrzenia udawała, że wcale nie stoi w pozycji „na kangura” tylko z zainteresowaniem ogląda kasetony na suficie. No wiecie, taka kontemplacja w pozycji sedesowej. Ponoć to uspakaja. Na szczęście materac uratowałem.
Ale cała pościel do wymiany. W recepcji ustaliłem, że jestem prostak i świnia, bo zaszczałem pościel zanim jeszcze wszedłem do pokoju. Cóż trochę racji mają. Moje psy moje szczochy. Poinformowano mnie, że muszę zapłacić za czyszczenie i nową pościel dostanę, kiedy pani z pralni będzie miała wolną chwilę by mi ją wydać. Ale mam nie oczekiwać cudów. Długi weekend jest. Pościel otrzymałem po czwartej wizycie, kiedy oświadczyłem kategorycznie, że idę spać i chcę moją starą pościel. Która już pewnie przeschła. I w dupie mam, że śmierdzi. Tak się zakończył nasz pierwszy dzień na Ukrainie. Wrzody rozbolały ze zdwojoną siłą. Mam już umówionego terapeutę z doświadczeniem w leczeniu traumy pourazowej. Ponoć tylko 15 miesięcy spotkań. Łatwizna. Nie ma co ładne wakacje, a ja się terrorystów obawiałem. Głupi ja. Obsługa hotelowa, to dopiero wyzwanie. Nic tylko polecać. Co nie znaczy, że szopka pisana cyrylicą dobiegła końca. Cdn…

sobota, 9 września 2017

European Dog Show 2017 czyli wielka wyprawa!



VOL. 1
Wróciliśmy, żyjemy więc będziemy opowiadać ku przestrodze i dla potomności może nie o stricte Akitach, ale o niecodziennym wyjeździe na pewną wystawę. Bo jak się nie podzielę tą przygodą to mnie chyba jakiś udar trafi. No coś tak niesamowitego trafia się raz w życiu. Nie żartuję. Od kiedy zapadła decyzja o naszym udziale w tym przedsięwzięciu czułem się jakbym brał udział w filmie Barei. Jak się zapewne domyślacie piszę o Euro Dog Show 2017, organizowanym na Ukrainie, w Kijowie. To takie ościenne państewko w stanie wojny, które kiedyś było naszą rubieżą. Dzisiaj już nie jest i nie wychodzi im to na zdrowie. Ale nie o układach polityczno/historycznych, cokolwiek bym prywatnie nie sądził na ten temat. Otóż pewnego pięknego wiosennego wieczoru zapadła brzemienna w skutki decyzja. Jedziemy! Ha! Bo co my nie pojedziemy? Jak nie my to kto? No w sumie wszyscy inni, ale przecież nie o to chodzi. To EuroDS i takie tam. Przecież wypada być, chcemy zobaczyć i w ogóle. No dobra. OK. Skoro trzeba to trzeba. Decyzja podjęta, kobyłka u płotu, klamka zapadła, baba z wozu i różne takie. Zgłaszamy psy. Pierwsze pytanie, które? Jak to, które. Wszystkie. Nasze i może jeszcze ze dwa sąsiada. Niby Akit nie ma, ale jak się przystrzyże i ufarbuje to może ujdą za Leonbrgery Akicie Osowieckie.  Że niby taka hodowla wielka, postępowa i rozwojowa. Ale system nie przyjął dodatkowych psów. Nie wiem dlaczego. Takie ładne i rude. A, że większe od sędziego? To wina dzisiejszej diety, sterydów w karmach, złych filmów i brutalnych gier wideo. No młodzież dzisiaj taka wyrośnięta. Cóż pewnie chodziło o Osowiecką, że niby za mała dziurka na mapie coby światowa Ukraina wiedziała o jej istnieniu. Ale nie poddajemy się. Po wnikliwym przestudiowaniu systemu rejestracji zgłoszeń w języku rodzimym wystawie, następnie w międzynarodowym, były dostępne również krzaczki wschodnie, które jednak nic nam nie powiedziały, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy gotowi dokonać karkołomnej czynności zgłoszenia. Jam tego dokonywał, albowiem jestem osobą światową o dużej wiedzy w temacie zgłoszeń. Wpisałem wszystko co było wymagane. Numer chip, imię i nazwisko, przydomek hodowlany, rozmiar stopy, umaszczenie, preferencje żywieniowe, adres, ulubiony kolor sąsiadki mieszkającej trzy domy dalej, jeszcze dokładniejszy adres (był tu pewien problem, albowiem nie wiem jak w jednorodzinnym umieścić numer mieszkania, oczywiście niezbędnie wymagany), preferencje żywieniowe sąsiada mieszkającego w równoległym domu trzy ulice w prawo patrząc od równoleżnika 0 i takie tam nieistotne szczegóły. Ale jestem twardy, więc przebrnąłem przez formularz. Nastąpił nieuchronny moment płatności. Zapłaciłem. Bolało. Dumny i blady położyłem się spać po zaledwie 7 godzinach dokonywania prostej rejestracji.


Następnego dnia miałem potwierdzenie rzetelnego i wielogodzinnego zgłoszenia jak również zainkasowania płatności. Również niebagatelnej. Płatności dokonałem kartą MasterCard i pewnie dlatego kilka dni później moja mina była bezcenna. Otóż organizatorzy przypomnieli mi, iż podczas mojej płatności zapomniałem zapłacić. Hmm, myślę sobie późno było może i czegoś nie kliknąłem. Sprawdzam historię konta. Płatność poszła. Pobrałem potwierdzenie i z krótkim tłumaczeniem, że musiała zajść jakaś pomyłka przesłaliśmy organizatorom. Otrzymaliśmy uprzejmą odpowiedź, że istotnie wszystko jest jak powinno być, i że nie mamy się czym martwić albowiem ALL IS DONE. Super. Trzy dni później ponownie zgłasza się do nas organizator, z prośbą o uregulowanie płatności. !!!. Ale, że jak to tak. Dzwonię więc do banku z awanturką. Tam mi jasno i klarownie wytłumaczono, że po pierwsze proszę nie krzyczeć, a po drugie Ukraina kasę wzięła. I, że proszę się z nimi dogadywać. Szlag. Najlepiej po seczuańsku bo oni ani ludzkiego ani angielskiego nie panimają. Zresztą po rusku też nie kumają, choć posługują się ich alfabetem. Cała przepychanka trwała przez kilka miesięcy. Zdążyłem zapaść na wrzody żołądka z przerzutami na wycięty wyrostek robaczkowy. W pewnej chwili odkryłem, że cierpię na zaawansowaną depresje, odmiana czarna, że siedzę w koronie naszego tulipanowca i rozważam udźwig konarów. W dłoni trzymam sznur. Tulipanowiec jako drzewo szczególnie współczulne momentalnie wyłysiał był z liści i do dziś straszy gołymi gałęziami. Na dowód mogę zamieścić zdjęcie. Moja żona natomiast z tego wszystkiego zapadła na wysoce zjadliwą odmianę choroby znanej z wieków średnich, a wdzięcznie zwanej kurwicą. Choć jak się zastanowić to chyba była cholera. Zresztą nieważne. Charakteryzowało się to tym, że gdy wypowiadała się o organizatorach EDS 2017, to wpadała w szczególnie kwiecisty słowotok. No majstersztyk sztuki oratorskiej. Bo przez kilkanaście minut używając jedynie słów obelżywych i powszechnie uznanych za wulgarne potrafiła opisywać organizatorów, ich matki, ojców, bliższą i dalszą rodzinę oraz kazirodcze stosunki panujące pomiędzy nimi. Nierzadko włączając w to urządzenia małego AGD oraz owoce i warzywa. Nasza walka z EDS trwała długo i była zażarta, korespondencja liczy kilkaset stron wydruków milowych i zaangażowane w nią było MSZ, kuria papieska oraz Towarzystwo Przyjaciół Origami na Ukrainie. Za sprawą naszych psów doszło do pojednania papistów z prawosławnymi i zawieszenia broni na Krymie, jak również opracowania papierowego sedesu, ze spłuczką, działającego. Ale zgłosić psów się nie udało. Dopiero moja niezastąpiona żona przez znajomą hodowczynię z Ukrainy zdołała zdobyć karty zgłoszeń, nadal niezgłoszonych psów. Niestety było już za późno abyśmy zdołali zgłosić Pary Hodowlane. 


Jak się okazuje, dokumentacja wymagana do wyjazdu zza wschodnią granicę obejmuje dużo więcej. Pomijając badanie weterynaryjne ważne 48h oraz zdjęcia w paszportach psich, do przekroczenia granicy potrzebne jest świadectwo zdrowia wydane przez Powiatową Inspekcję Weterynaryjną. Cóż, przygotowany na schody zadzwoniłem. Moja PIW znajduje się w Pruszkowie. Muszę powiedzieć, że obsługa jest rzeczowa, kompetentna i znająca się na tematyce. Zostałem umówiony na konkretny dzień i godzinę. Powiedziano mi co muszę posiadać. Całą sprawę załatwiono w pół godziny. No nic tylko polecać. Tego to się nie spodziewałem. Byłem tak zaskoczony, że wychodząc nadal miałem niedowierzająco otwartą gębę. Ponadto rzecz, która zwie się miareczkowaniem a co jest w rzeczywistości pomiarem ilości przeciwciał we krwi po szczepieniu na wściekliznę. Wynik musi być większy niż 0,5. Samo to trwa ze dwa miesiące. Znaczy wynik elektroniczny przychodzi w miarę szybko, bo już po dwóch tygodniach. Niestety certyfikat papierowy otrzymuje się najwcześniej po sześciu tygodniach. Bo z Niemców jedzie. Moje stado zostało przebadane z należytym wyprzedzeniem, jak na odpowiedzialnego wystawcę przystało. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy się dowiedziałem, że Lisu jak najbardziej, Sroka Super, Ruda yyy coś nie wyszło i trzeba powtórzyć. AAAAA to się nie dzieje. Do wystawy miesiąc. A ta pokraka mała i czerwona, choć jakże piękna i kochana nie ma miareczkowania. Na gwałt nowe badanie trzeba zrobić. Cóż. Wynik papierowy nie przyszedł do dzisiaj. Miareczkowanie w paszporcie zostało oparte o elektroniczny wynik przesłany z laboratorium na jeden dzień przed wyjazdem. 

No rzutem na taśmę. W międzyczasie gdzieś odezwał się nasz hotel. Ponoć wszystko jest w porządku i psy są przyjmowane bez problemu. Śpieszą jedynie donieść, że psy do 3 kg. Do kurwa ilu??? Ludzie. Takich psów nie ma! A jak są, to to nie są psy. Psy nie ważą do 3 kg. Tyle to waży zapasiona świnka morska albo kurczak rasy brojler. Więc korespondencja z hotelem. Tym zajmowała się moja rozsądna żona. Wytłumaczyła państwu w hotelu, że istotnie posiadamy zwierzęta. Istotnie waż nieco więcej niż 3 kg. A tak właściwie to są chomiki, ale ostatnio nieco przesadziły z ziarnami. No wiedzą państwo te zboża Emo i pestycydy i jeszcze efekt cieplarniany. No utyło im się odrobinę. Oni, że wszystko rozumieją, że nie ma sprawy, że przyjeżdżajcie. Trzeba tylko nieco dopłacić. Nieco to znaczy, ile? liczycie od kilograma powyżej trzech? Nie, jednorazowo za pso-chomika. A wiela tego będzie? No tyle i tyle. Ufff ważne, że przyjmą. Ale można by zaznaczyć to na początku, a nie na dwa tygodnie przed wystawą. Zwłaszcza, że rezerwacja robiona 3 miesiące temu. No cyrk i wojna jakaś. Koniec, końców zapakowaliśmy się w samochód i jedziemy. Transport też nieco cudacznie wyglądał. Pojazd do największych nie należy. A w nim jakieś bagaże, psy, klatki, psy, moja żona, psy, kanapek jak na wyprawę siedmiodniową do miejsca, gdzie supermarketu nie uświadczysz, co więcej powszechnie znany jest fakt braku żywności. No istny festyn, tyle że mobilny. Dojechaliśmy do granicy. Stanęliśmy i podziwiamy. Niby nie ma na co patrzeć, bo noc ciemna choć oko wykol. Trzeci stopień zasilania i latarnie nie świecą. Ale podziwiać warto. Pewne rzeczy zobaczyć można tylko tutaj i nigdzie indziej. Kolejka idzie dość sprawnie. Co więcej jest specjalnie wyznaczona bramka oznakowana jako tylko dla obywateli UE. Trzy pojazdy przed nami. No i o co tym wszystkim czarnowidzom chodziło. Jakie godziny stania, jakie koszmarne kolejki. Przecież to potrwa chwilę. I faktyczne. Celnik wzywa. Kontrola paszportowa, odprawa celna. O widzę, że mają państwo pieski. Postanowiłem grać światowca co to na niejednej granicy już paszport zgubił i dalej w deseń lekko wiejski. Ano mamy. Jakie ładne. Ano ładne. No to proszę otworzyć bagażnik. Ano otworzę tylko proszę przytrzymać jakby chciały uciec. Następuje chwila nieoznaczoności i konsternacji. Aaa groźne one? Ano groźne. Znaczy gryzą? Ano mogą. Eee to chyba nie ma potrzeby otwierać! Nie no co pan, otworzę. Nie, nie trzeba. Oj tam, oj tam tylko pan łapie tego dużego, bo po pana stronie wyskoczy. NIE TRZEBA OTWIERAĆ! Serio - zdziwiłem się teatralnie. Oskara mam w kieszeni, ach ten JA. Musiałem jeszcze pokazać psie paszporty. Bez prezentacji psów rzecz jasna. Szczególnie bez pokazywania psów. Wszyscy dziwnie na to nalegali. Nawet moje szczere zapewnienia, że przecież na wystawę jedziemy i wyglądają szczególnie ładnie nikogo nie przekonały. I Już jesteśmy za granicą. I tu się zaczął trzeci świat.


 Dopiero teraz zrozumiałem o czym mówili, że stać trzeba godzinami. Jezdnia długa, że końca nie widać. Upchana samochodami tak, że gdyby było to możliwe piętrowo by się ustawiali. Idź szukać weta. To moja żona, wybitny specjalista w sprawie przekraczania granicy krajów byłego bloku ZSRR. Nie będę się kłócił. Biorę dokumenty i idę szukać. Trzecia w nocy, a ja kilkaset metrów dalej dogaduje się ze strażnikiem granicznym w kwestii gdzie znajdę wetwracia. Celnik wyraz twarzy miał tylko nieco inteligentniejszy od słupka, o który się opierał. Ale wykazał szczególne zainteresowanie moim problemem. Wylewnie i drobiazgowo wyjaśnił mi, zapewne w języku uzbekistańskim, bo ni cholery nie zrozumiałem, że jak się dalej będę pchał w przejście graniczne to po łbie dostanę. Słów nie rozumiałem, ale gesty i owszem. Zaprałem moje dokumenty i wróciłem w noc do samochodu. I co już załatwiłeś. Pyta żywo zainteresowana moja współhodowczyni. Znaczy co? Gram idiotę. Gówno. Słyszę w odpowiedzi. A to tak. Tam jest ubikacja. Lekarza. Załatwiłeś pieczątkę od weta? Nie. To idź i załatw. Bo na stronie pisali, że trzeba od razu do weta iść po pieczątkę. Więc tłumaczę, że jesteśmy na pasie demarkacyjnym i do granicy to jeszcze ze trzysta metrów kolejki. I jak dojedziemy to poszukam weta. No dobra to gdzie ta toaleta. Jaka toaleta, aż mnie w fotel wbiła tak nagła zmiana tematu. No ta, w której byłeś. Ręce mi opadły.
Po jakichś trzech godzinach dotarliśmy do szlabanu. Podniósł się. Przekroczyliśmy pas ziemi niczyjej. Znaleźliśmy się na terenie Ukrainy. Opuściliśmy cywilizację. Cyrk trwał nadal, tyle, że teraz w cyrylicy. Cdn…    

wtorek, 6 grudnia 2016

Sroka na BIS!




Witam. Dzisiaj chciałbym podzielić się wstrząsającymi przeżyciami z pierwszej wystawy w duecie. Do tej pory na wystawy jeździliśmy z Lisem. No i raz ze Sroką, ale mnie tam nie było to się nie liczy. Przyjmijmy więc, że to jej pierwsza prawdziwa wystawa. Nie to, że tamta z moją żoną nie była prawdziwa, ale wiecie jak to jest. Była prawdziwa, ale nie tak naprawdę. Żartuję Kochanie! Nie wyrzucaj mnie z domu. W garażu jest strasznie zimno, a cały alkohol jest na strychu!
W dniu wczorajszym udaliśmy się byli do miejscowości o wdzięcznej nazwie Nowy Dwór Mazowiecki, gdzie odbywała się rzeczona wystawa. Niby trasa niedaleka, ale Sroka cierpi na wzmożoną chorobę lokomocyjną. 


Nie wiem czy kiedykolwiek widzieliście jak pies z trzeciej klasy, znaczy z bagażnika rzyga na przednią szybę? Wstrząsająco, przerażająco, brudzące doświadczenie. Oczywiście Sroka jak przystało na światowego psa a właściwie suczkę nie jeździ z głową pomiędzy łapami, o co to to nie. Jak puszczać pawia, to z rozmachem godnym księżnej. Wszyscy w aucie mają mieć pełną świadomość odruchu wymiotnego. Nie wiem czy kiedykolwiek dostaliście w potylicę wstępnie przetrawioną granulowaną suchą karmą. Jeśli nie, to polecam. Nic tak człowieka nie budzi podczas prowadzenia samochodu. Jako, że jechaliśmy w większym gronie tzn. prócz mnie i Lisa był z nami Darek ze swoją Deltą. A, no i jeszcze moja ukochana żona. Dwa piękne okazy Akiciej populacji, wykąpane i wyczesane nie mogły zostać wstępnie zarzygane przez pokurcza. Móżdżyliśmy dłuższą chwilę co począć z fantem. Dodaję, że moje wspaniałe pomysły, z workiem założonym na głowę lub przypięciem gumowymi pasami do dachu, nie zyskały aprobaty. Zdecydowano o wypróbowaniu projektu Komfort. Umieszczono rzeczoną Żygulinę na siedzeniach pasażerów z tyłu. Zaopatrzono moją żonę w przemysłowe ilości chusteczek i papierowych ręczników i pojechaliśmy. Jak to w życiu bywa, na nikogo nie można liczyć. Sroka zamiast się spektakularnie porzygać na moją lepszą połowę czy chociażby zaślinić ją dokumentnie, przestała cierpieć na chorobę lokomocyjną. Chamstwo i tyle. Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód i wypadków nadzwyczajnych. Ku mojemu rozczarowaniu- również czyści. I po kiego diabła ja ten sztormiak zakładałem. Tylko mi niewygodnie było. Na miejscu za radą Darka zaparkowaliśmy pod jakimś wiaduktem, gdzie nie musieliśmy ponosić opłat parkingowych. Zwłaszcza, że parking był i tak zapchany na maksa. Nigdy tego nie zrozumiem. Mam stawkę na trzynastą. Ale nie, nie przyjadę o dwunastej. Przyjadę o ósmej i będę siedział jak kołek pięć godzin trzymając psa w klatce. Przecież mu tam dobrze. No patrzcie tylko jak świetnie się bawi. 

A jaki szczęśliwy jest. No z radości sika po nogach. Szkoda tylko, że swoich.  Nigdy nie zrozumiem właścicieli Yorków. Jako się rzekło: dotarliśmy. Droga do hali wystawowej trwała chwilę dzięki czemu mieliśmy czas by psy załatwiły swoje potrzeby, powąchały co tam było do obwąchania, ogólnie zażyły świeżego powietrza. Lisu i Delta jako starzy wyjadacze wystawowi szybko uwinęli się z tymi sprawami. Sroka jako debiutant nie załatwiła nic. To stres orzekliśmy. Zresztą nie ma się czym przejmować, przecież nic nie jadła. Skoro tak, to wchodzimy. Przy wejściu było drobne nieporozumienie w kwestiach płatności, bo niby jedno zgłoszenie jeden człowiek. Ale wytłumaczyliśmy panu, żeby policzył zgłoszone psy, najlepiej na palcach, to będziemy mogli skorygować ewentualną pomyłkę. Następnie policzył ludzi. Nawet użyczyłem mu własnych palców bo jemu zabrakło. Następnie zapisał wyniki na karteczce i wstawił pomiędzy nie odpowiedni znak. Miałem myśl aby dać mu do wyboru <, >, =, ale po namyśle zrezygnowałem. Jeszcze by się przegrzał przy tak skomplikowanych działaniach matematycznych. Nie była to nasza pierwsza wystawa w tejże hali więc wiedziałem co nas czeka. Dzięki zastosowaniu nowatorskiej i wysoce przenikliwej techniki bazującej na znajomości psich zwyczajów, dodać muszę, iż w całości opracowanej i wymyślonej przeze mnie, przeprowadziliśmy Lisa przez całą halę. Straty udało nam się ograniczyć tylko do dwóch zjedzonych pinczerów i jednego westi. Ale on to był wypadek i Lisu zawstydzony wypluł go bez konsumpcji. Udało nam się dotrzeć niemal w bezpośrednie pobliże ringu. Nasz był trzeci. Dotarliśmy do czwartego i dalej nie szło przejść. No nic- ciasna przestrzeń pozwala psom zacieśnić stosunki z innymi przedstawicielami rasy. Zdążyłem rozstawić boks nim Lisu zacieśnił stosunki z trzema buldożkami. Może i już nie mogły występować ale myślę, że po serii bolesnych operacji nadal uda się odratować 2/3 z nich. No, może nie było tak źle. Lisu nikogo nie zamordował. A to tylko dzięki mojej metodzie. Nie powiem Wam jakiej, bo … bo nie i już. Nie jest inwazyjna. No więc jesteśmy na miejscu. Szykujemy się rozbijać namioty, rozstawiać klatki, kojce, wybiegi, ścielimy kocyki. Sroka postanowiła brać czynny udział w przygotowaniach i jak na psa przystało, zabrała się do rzeczy z iście psią, a właściwie Akicią fantazją. Nasze miejsce, nasz teren? Nasz. Znaczy znaczymy. Jako, że dziewczyna nie poprzestaje na półśrodkach stwierdziła, że puszczenie jakiegoś małego szczocha, to poniżej jej godności. Zaczęła obrotowy taniec. Niestety nie widziałem tego bo bym przerwał i w podskokach wybiegł na zewnątrz. Cóż, nikt jej nie przeszkodził i tak na środku drogi ustawiła klocka. Jeśli brać pod uwagę, że to ze stresu i mierzyć wielkość stresu wielkością niespodzianki, to Sroka potrzebuje co najmniej rocznej pracy z behawiorystą, psychologiem, terapeutą i psychiatrą.. .plus półroczna rekonwalescencja. Widziałem konie, które nie były w stanie wycisnąć z siebie takiego stolca. Odniosłem wrażenie, że po tym wyczynie powinna stracić co najmniej połowę wagi. Nastąpiła chwila krępującej ciszy podczas której nerwowo poklepywaliśmy się po kieszonkach w poszukiwaniu torebeczki. Ale torebeczka chyba byłaby za mała. Tak więc moja kochana klepała się po kieszeniach w poszukiwaniu torebeczki, ja natomiast rozglądałem się za wiadrem. Akcja była szybka. Moje szczęście napadła jakichś obcych ludzi by użyczyli nam torby i dużej ilości papieru toaletowego- to musiało być szybkie. Z doświadczenia wiem, że jeśli nie jest to zaraz jakaś pani w to wlezie i pójdzie nieświadoma dalej rozsiewając dookoła swojski zapach psiej hodowli. Oczywiście ja, jak na prawdziwego hodowcę i właściciela psa przystało, zachowałem się profesjonalnie. Głośno wygłosiłem komentarz o potrzebie wyprowadzania psa przed wystawą i o tym jak to niektórzy dyletanci nie potrafią się zachować. I właściwie to kogo tu wpuszczają. Jakieś zasrańce! Po nieszczęsnym epizodzie z kupą mogliśmy już przystąpić do właściwej wystawy. Lisu jak to Lisu zagwiazdorzył. Znaczy miał humorki i nie wygraliśmy. Szkoda. Ale nie o Lisie piszę. Sroka natomiast pokazała klasę. Wystawiła się przepięknie. Stała ślicznie, prężyła się jak struna, łapki rozstawiała jak doświadczony wyżeracz wystawowy. No gwiazda. Pani sędzi podobała się bardzo. 

Zresztą nic dziwnego. Jest śliczna, i mądrusia, i śliczna, i posłuszna, i śliczna. Żeby tylko przestała skakać. Jak pojedziemy do Australii na wystawę kangurów mamy murowane pierwsze miejsce. Ale pomimo jej australijskich zapędów wygrała. Wzięła wszystko. No to czekamy na BiS-y. Ale To ma nastąpić za kilka godzin. Przecież nie będę trzymał psów w klatce. Postanowiliśmy zatem wrócić do domu i zjawić się później. Wiemy wszystko, w końcu mamy katalog, gdzie jak byk stoją godziny poszczególnych konkurencji finałowych. W spokoju ducha wróciliśmy do miejsca zamieszkania. Po wstępnym wyliczeniu czasu dojazdu okazało się, że powinienem wyruszyć w drogę o godzinie X. Nie zwlekając udałem się w podróż. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy na miejscu okazało się, że to cudowne wyleczenie z choroby lokomocyjnej to była taka ściema, celem uśpienia mojej czujności. Tak więc nastąpiły gorączkowe poszukiwania szmatek i papierowych ręczników. Ok. Jesteśmy o czasie. W tej chwili powinna zaczynać się konkurencja Młody Prezenter, więc jest spoko. Wchodzimy. I co widzę? Na ringu finałowym stoi pięć psów z właścicielami. Lub osobą wystawiającą- nieważne. Patrzę i powoli zaczyna mi świtać, że Młody Prezenter nie powinien mieć sześćdziesiątki z okładem. Ale myślę sobie – późno zaczął. Na ringu przygotowawczym jakieś takie podejrzanie szczeniakopodobne cosie się szwendają. Zaczyna do mnie docierać, że coś jest bardzo mocno nie tak. Biegiem do wejścia na ring. Oczywiście Sroka w tej chwili ma inne plany. Ona będzie się wąchać z hartem. Tak więc ciągnę ją za sobą. Niby powinna poruszać się głową naprzód, skoro ciągnę. A tu nie! Porusza się ogonem naprzód, pomimo, że ciągnę. Dotarliśmy. Pytam kto jest na przygotowawczym. Szczenięta. Słyszę odpowiedź. Kto?? Nie dowierzam. Szczeniaki. O kurwa, kwituję konwersację. Rzuciłem plecak, kurtkę i biegiem na ring. Grupa V stała jako pierwsza. Więc dyskretnie wpycham się pomiędzy amerykańską Akitę, a wejście na ring główny. No bo tak wychodzi, że powinniśmy wejść jako pierwsi. Ale tu dopada mnie sędzina z ringu przygotowawczego. Jaki Pan ma numerek ?– słyszę. 501 odpowiadam. - Ale gdzie? - Gdzie co? – gdzie numerek? – W plecaku. Odpowiadam. Rezolutny ze mnie gość. – Ale powinien być w widoczny miejscu. I jeszcze karta oceny do wglądu! Słów mi zabrakło. Skwitowałem krótkim … nie nadającym się do druku stwierdzeniem i gnam do plecaka. Chwila szarpaniny z zamkiem. No bo przecież to oczywiste, że trzeba się zaciąć. I wracam na ring. Jedną ręką ciągnę psa, który ma ważniejsze sprawy na głowie, drugą podaję kartę oceny, trzecią i czwartą usiłuje jednocześnie odlepić nalepkę z numerkiem, odpiąć z niej agrafkę i przypiąć ją do koszulki. Szarpię się z tym wszystkim, podczas gdy grupa piąta już na ringu. Pani sędzia wskazała mi miejsce. Dobra numerek przypięty, Sroka uspokoiła się, ja stoję w ogonku wchodzących na ring. Nie jest źle. Przede mną stoi posokowiec bawarski, a za mną pitbul. No nieźle trafiłem myślę sobie. Biegniemy po ringu i stajemy w takim długim rządku, by Pani Sędzia mogła nas zobaczyć. I tu koszmar. Posokowiec z przodu, zaczyna gonić za własnym ogonem. No jak wiatraczek normalnie. Sroka widzi, że czas na zabawę więc się rwie do niego. I za cholerę nie chce się ustawić. Co więcej Pani z tyłu usiłuje skupić wzrok pitbula na smaczkach i rzuca je pod nogi Sroce. Pitbul patrzy jakby nic nie widział. Co więcej smaczki obchodzą go tyle co PKB Konga, ale Srokę interesują bardzo. Stoi więc rozdarta pomiędzy chęć zabawy z szalonym posokowcem, a zjedzeniem kabanosów pani od pitbula. Błagalnie patrzę na panią od pitbula. Chyba zrozumiała, bo pozbierała kabanosy i schowała je, hmmm gdzieś. Pan od posokowca spacyfikował go, na tyle skutecznie, że ciężko było odróżnić gdzie kończy się pies a zaczyna właściciel. Dobra! Chwila, na którą czekałem! Spokój, precyzja i postawa wystawowa. Stoimy ślicznie. Znaczy ja stoję a Sroka się wystawia. Ale tak patrzę dookoła a tutaj wszyscy klęczą. Chwila paniki i czystej grozy. Znaczy jak? Modlimy się przed oceną czy co? Ale nie. Odetchnąłem z ulgą. W tej części ringu tak się wystawia. Trzeba paść na klęczki i rozciągnąć psa. No ale przecież nie będę Akity tak wystawiał. Jeszcze trochę godności mam, w końcu wystawiam Akitę. Pani sędzia podeszła do nas. Spojrzała zdziwiona na Srokę potem na mnie, jedynego wyprostowanego. Myślę, że zdziwił ją ten brak proszalnej postawy. Nie mogłem się powstrzymać. – My turyści. – mówię. Nie wygraliśmy.
 Ja
Loki