Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borelioza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą borelioza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 sierpnia 2016

Spacery vol.2



Spacerować czy ganiać po lesie?
Poprzednio opisałem jak wygląda mój spacer po okolicznych ulicach. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami przeżyciami ze spaceru po lesie. Najsampierw wybór lasu. Osobiście lubię lasy, które oferują drzewa iglaste już wyrośnięte, z wielkimi połaciami mchu, bądź krzaczkami jagód. Mech oferuje grzyby, a jagody oferują, hmmm fioletowe palce, język i wargi. A no i jagody. W każdym razie las powoduje, że nigdy się nie nudzę spacerując. Szczerze mówiąc uwielbiam jeździć z moim ulubieńcem do lasu. Cisza, spokój, grzyby, spokój, cisza, jagody, spokój. No chyba, że jadą ze mną dzieci. Wtedy pozostają tylko jagody i grzyby. Ale dzisiaj spacer tylko z Akitą. Każdy lubi to, co lubi. Więc wybór lasu należy do każdego indywidualnie. Ja lubię las, który wygląda jak las. Nie jak zaniedbany ogród w którym jeżyny przejęły dominację. Mamy z Lisem swoje ukochane miejsca, w które jeździmy.

Znam las i wiem, że mści się na nieprzygotowanych. Tak więc w odróżnieniu od wyprawy po trawnikach wyprawa do lasu wymaga odpowiedniego ubioru. Przede wszystkim długie spodnie. Nawet w gorące dni w lesie jest chłodniej. Spodnie nie zabezpieczają przed zimnem lecz przed kleszczami. Koszula z długim rękawem. No i czapka na głowę. Nie potrafię nawet powiedzieć ile razy wracając z lasu, prowadząc samochód zauważyłem dzielnie pełznącego po nogawce kleszcza. Oczywiście następowała natychmiastowa relokacja stworzenia. Mam nadzieję, że coś je rozjechało, nim dotarły do rowu przydrożnego. Tak więc nie da się oszukać psa, a tym bardziej Akity co do wyprawy do lasu. Nie wiem jak on to robi, ale kiedy wyciągam moje stare kombaty i desanty, to on już wie. Naprawdę rozpoznaje spodnie i buty- o zaskoczeniu nie ma mowy. Przyjmuję na klatę. Dosłownie! Wszelkie oznaki radości i entuzjazmu. Ubrany, trochę poobijany, sponiewierany i oszołomiony siła akiciej radości - idziemy do samochodu. Tu następuje chwila szamotaniny. Ja chcę by wskoczył. On chce bym go podsadził. Czasami ja wygrywam, częściej on. Jedziemy, parkujemy w miejscu, z którego będzie łatwo wyjechać. Różnie bywa. Czasami deszcz pada i ziemia w lesie rozmięka. Dlatego warto wybrać miejsce, które umożliwi powrót. Otwieram bagażnik i wypuszczam rudo-biały tajfun radości. Tu nie ma mowy o smyczach, flexi czy sznurach. Jest radość i swoboda. Niestety jest też pewien mankament. Mianowicie okoliczni mieszkańcy mają brzydki zwyczaj skracania sobie drogi przez las. Jakby nie było ulicy, na której mogą ich, razem z ich rowerami, rozjechać zmotoryzowani. Nie- oni wolą zaryzykować spotkanie z dzikimi dzikami, wściekłymi lisami, królikami, srokami, sójkami i moim Lisem. To zdumiewające, im dalej w las tym więcej domniemanych kłusowników na rowerach. Nie rozumiem tego. My w lesie nie chodzimy po dróżkach. Idziemy na przełaj. Odnoszę wrażenie, że za każdym drzewem czai się miejscowy rolnik z rowerem. Autokarami ich dowożą czy co? Mniejsza z tym. Jesteśmy na łonie natury. Rolnicy z rowerami są nieszkodliwi. Dobrze, że okres polowań jest ściśle określony. Bo inaczej pewnie zastrzeliliby mnie, a co gorsza mojego Akitę. I o ile wybaczyłbym zastrzelenie mnie, to zastrzelenie mojego pupila spotkałoby się ze straszliwą i krwawą zemstą.  Ale wróćmy do spaceru bez drastycznych przygód. Puszczam tedy Lisa wolno. Momentalnie tracę go z oczu. Nie należy się jednak martwić. Akita zawsze potrafi wrócić do miejsca startu. Co więcej zawsze potrafi wrócić do Was. Prędzej Wy się zgubicie w lesie niż Wasz Akita. Więc wypuszczam go. Jak się rzekło momentalnie znika w lesie. Nie martwię się tym. W końcu mnie znajdzie i zaprowadzi do samochodu. Patrzenie na to jak biegnie jest czystą radością. Niestety Akita ma w duszy ukrytego łowcę. 

Z dostępnej literatury możemy się dowiedzieć, że najlepiej polują w tandemie. Jako, że nasza panna jest jeszcze za malutka na polowania to ja muszę spełniać rolę drugiego. Pewnego razu słyszę, że biegnie. Miga mi ruda sierść wśród drzew. Jest coraz bliżej. Nagle z krzaków wypada lis. Trudno opisać nasze zaskoczenie. On czterema łapami wrył się w ziemie. Mnie szczęka opadła do poziomu kolan. Rudzielec był tak zaskoczony, że przez kilka sekund wpatrywał się we mnie zdumiony. Następnie dał drapana w bok i tyle go widzieliśmy. Sekundę po tym Lisu wypadł z tych samych krzaków. Jak się okazało nagonił na mnie lisa. Niestety nie stanąłem na wysokości zadania i lis uciekł. Mieliśmy również podobne przygody z zającami i sarnami. Dlatego tak lubimy te wyprawy do lasu. Inaczej rzecz ma się z miejscowymi i zamiejscowymi rolnikami. Tymi co to ich autokarami dowożą. Kiedy na taki okaz natrafi mój Akita zaczyna szczekać. Słysząc szczekanie czym prędzej przemieszczam się w jego kierunku. Szczekanie znaczy się znalazł jakiegoś kłusownika-człowieka. Zazwyczaj jest to osobnik w gumofilcach, zastawiający się rowerem. Obłęd w oczach, włos rozwiany, wzrost nikczemny. Istny autochton. 


Akita stoi i sygnalizuje intruza. Intruz stoi, zastawia się rowerem i drze ryja, że jest mordowany. Tu muszę się pochwalić, że wystarczył jeden gwizd, by Lisu porzucił śmierdzącego obornikiem osobnika i podbiegł do mnie. Kurde jaki ja byłem dumny, z karności mojego ulubieńca. Ha klasa sama w sobie. Obiekt „ataku” zaprzestał głośnych ryków „ratunku” i „na pomoc” i startuje z pretensjami. Pies to powinien być na smyczy. I w kagańcu. I co to znaczy żeby puszczać tak groźne zwierzę wolno. Patrzę, słucham i nie wierzę. Na Policję mnie poda. Grzywnę będę płacił. Zatkało mnie. Wiem, że jestem mistrzem ciętej riposty, ale w tej chwili nie znalazłem słów. Dość kulawo zdołałem odeprzeć mnogość zarzutów mówiąc – Poje..ło Cię? – Tu nastąpiła tyrada na temat braku szacunku, że drzewiej lepiej bywało i młodzież (to niby ja) zwracała się odpowiednio do starszych. Właściwie to później zastanowiwszy się doszedłem do wniosku, że mój adwersarz mógł mieć o kilka lat mniej niż ja. Tyle, że życie i „keleris” styrały go tak, że wyglądał jak mój dziadek. Cóż. Nie słuchałem dalej. Oddaliliśmy się z Lisem w stronę samochodu. Tak więc pomimo tego, że o wiele bardziej lubimy spacery po lesie, gdzie można wybiegać i wyszaleć psiaka, to czyhają tam różne zagrożenia. Niektóre w gumofilcach.
                                                                                                                                                                      Ja Loki 

niedziela, 24 lipca 2016

Zagłebie kleszczowe



Wróciłem i wracając do tematu. Okolica, aż się prosi o spacer. Więc nie daliśmy się długo prosić. Poszliśmy. Las, brzeg jeziora, łąka spełniły wszelkie nasze oczekiwania i marzenia, a nawet więcej. Nie przypominam tylko sobie, w którym momencie marzyłem o kleszczach? Hmmm widocznie były to myśli podprogowe. Bo jak się okazało dostaliśmy dużą dawkę okoliczności przyrody. Słońce, woda, zieleń trawy, szum lasu i w promocji (oprócz bocianów) kleszcze. Odnoszę wrażenie, że wszystkie rośliny oferowały tego typu promocję. Kurde jak w hipermarkecie. Kup pęczek marchewek a otrzymasz trzy kleszcze w gratisie. Kapitalizm! Wtedy jednak jeszcze tego nieświadom, byłem szczęśliwy. Słonko, woda, zieleń. Akita szczęśliwy jak, nie przymierzając, świnia w pomidorach. 


Biega, nie szczeka, skacze, włazi do wody, oczywiście po kostki, bo inaczej się pomoczy. Pełnia szczęścia. Spędziliśmy upojne popołudnie wśród przyrody. Nawet nie przypuszczałem jak wiele tej przyrody postanowiło z nami spędzić wieczór. Obcowaliśmy z naturą dłuższy czas więc dopadł nas głód. Postanowiliśmy tedy poszukać miejscowej jadłodajni. Wiedzieliśmy czego szukamy- miejsca gdzie będziemy mogli rozkoszować się miejscową kuchnią, domowymi i regionalnymi przysmakami. W głowach już nam się kształtowały złociste frytki z miejscowych ziemniaków i panierowany schabowy wypieczony na złoto-chrupko. Lub może golonka w sosie piwnym z kiszoną kapustą, najlepiej zasmażaną... Znaleźliśmy jadłodajnię spełniającą większość warunków. Znaczy mieli otwarte, mieli frytki i kotlet z piersi kurczaka. Pozostałe opcje z karty jak się okazało dostępne są w pełni sezonu. Teraz frytki z kurczakiem albo możecie zjeść kanapki, które macie. - A nie macie kanapek (hie, hie) – TO TYLKO KURCZAK Z FRYTKAMI. Co było robić. Zdecydowaliśmy się na typową, lokalną atrakcję kulinarną (chyba regionalną) kotlet z piersi kurczaka z frytkami. Do tego bukiet surówek z buraczków i kapusty. Niezasmażanej. Wyszliśmy na taras, gdyż nadal nam było mało widoków, zapachów i atmosfery wiosny.


Zresztą taras jak się okazało był jedyną dostępną opcją. Bo. – A, państwo z pieskiem. Zapraszam na taras. Moja odpowiedź nie padła, siłą zdusiłem ją w sobie. – Sama jesteś pieskiem. Klępo. To taka figura metaforyczno-epitetyczno-stylistyczna. To jest Akita! – Nie wygłosiłem jej jednak na głos gdyż nie lubię jak mi plują do obiadu.  
Taras przestronny. Oprócz nas przy sąsiednim stoliku siedziała grupa osób. Myślę, że chyba z daleka. Jeden z nich mówił w języku co go nie rozumiem, ale były tam stwierdzenia takie jak „hande hoh, polish shwaine”, halt, arbachtmacht frai, gott mit uns” i różne takie. Nie wiem skąd pochodził, ale chyba zza granicy. Dwie towarzyszące mu panie były chyba polkami. Kiedyś. Bardzo dawno temu. Może nawet składały jakąś chatę w Biskupinie. No cóż. Bywa. W każdym razie zamówili specjalność zakładu i miejscowy przysmak. Frytki i kurczaka z, co nie mniej ważne, bukietem sałatek. Jako, że jesteśmy ludźmi światowymi nie przyszło nam nawet do głowy pacyfikować najeźdźców tak już z miejsca. Postanowiliśmy poczekać, aż uiszczą rachunek. Wspieranie miejscowej gospodarki to w końcu nasz patriotyczny obowiązek. Więc siedzimy.
Myślę sobie. Może i wygnany na taras. Może i nieakceptowany towarzysko z dużym, rudym Akitą. Ale, do q…r…w…y woda dla zwierzęcia się należy. Posłałem więc córkę. Jeśli chcesz coś dostać poślij słodkie i (hie, hie) niewinne stworzonko, a to dostaniesz. No i dostałem michę wody. Cóż. Napiłem się a resztę oddałem zwierzakowi, który ją całkowicie zignorował. Ciekawe dlaczego? Nic to myślę. Poczekamy na jedzenie. Może będzie zjadliwsze. Tak więc czekamy sobie spokojnie na zamówiony przysmak kuchni regionalnej gdy wtem słyszę – TATO!!!! Lisu (mój Akita) ma kleszcza!!! Poderwałem się z miejsca. Dosłownie i w przenośni. – Gdzie? – Krzyczę. - O tu mu łazi. Nasza nieoceniona słodka latorośl, jak zwykle wybrała najbardziej odpowiednie miejsce i czas by zwrócić moją uwagę na pełzającego po sierści pasożyta. Zebrałem bydle i wyrzuciłem z tarasu. Obcojęzyczni sąsiedzi patrzyli na mnie co najmniej jakby rozumieli. Dziwne. Dumny z dobrze spełnionego obowiązku usiadłem przy stole by rozkoszować się swoją Fantą. – TATO, TATO– usłyszałem wrzask. - Co? – Odparłem elokwentnie. – Tu jest drugi. – Co było robić zabrałem drugiego. Sąsiedzi patrzyli tak jakoś dziwnie. Trzydzieści sześć razy później oświadczyłem. – Tamara! Przestań się zbliżać do tego psa! – Kątem oka śledzę sąsiadów ze stolika obok. Dziwne pomimo, że pan nie rozumiał ani słowa w ludzkim języku, to wyglądał jakby miał zamiar zwymiotować do swojej regionalnej potrawy z kurczaka, frytek i bukietu sałatek. Nie mam pojęcia dlaczego. Chyba nie przez kleszcze. W końcu ja je łapałem w palce i wyrzucałem za balustradę werandy. A chciałem, żeby Tamara skończyła bo mi się już nie chciało wstawać za każdym razem kiedy znalazła nowego. Niestety dzieci muszą coś robić, bo inaczej się nudzą i przeszkadzają dorosłym w oczekiwaniu na posiłek. Swoją drogą zaskakujące ile można smażyć kotleta i frytki. Bo o bukiecie surówek nie wspomnę, zwłaszcza, że kapusta nie była nawet zasmażana. Tak więc trzeba się czymś zająć. A że masa sierści z kleszczami leży tuż obok. Potraktujmy to jak grę. Takie „Hidden objects”. Nie miałem serca odmawiać córce tej zabawy. Zwłaszcza, że przy nosiła wymierne efekty w postaci coraz mniejszej ilości kleszczy w sierści mojego Akity. Przy 67 kleszczu straciłem rachubę. Okoliczni sąsiedzi opuścili przybytek w niejakim pośpiechu. Myślę, że regionalna kuchnia im nie dopowiadała. Trudno się dziwić. Bukiet sałatek nie grzeszył świeżością. Wyczyściwszy Akitę powróciliśmy do domku. Obiecaliśmy sobie, że następnego dnia zbierzemy jeszcze więcej kleszczy by je przesiedlić. Niestety następnego dnia zbieraliśmy ślimaki winniczki, 156 sztuk. Były pyszne.
Ja Loki

piątek, 22 lipca 2016

Preludium do zagłebia kleszczowego ...




W poprzednim wpisie wspomniałem o zabawnej historii z Mazur. Jako, że czynniki zewnętrzne naciskają mnie mocno w kwestii dalszych wpisów muszę chcąc, nie chcąc kontynuować. A zatem niech rozpocznie się opowieść.
                Ostatnia majówka była bardzo udana. Wraz z całą familią udaliśmy się na wczesnowiosenny wypoczynek. Na Mazury! Zakrzyknęli wszyscy. Choć w niektórych przypadkach brzmiało to raczej hau, hau lub miau, miau (takie niedomówienie). Jedziemy. Droga rewelacyjna, były jedynie drobne niedogodności. Ale droga bez atrakcji takich jak: np. remont S8 w odcinku Wyszków-koniec świata, gigantyczny korek pod Łomżą (widać wielu kultywuje Łomżing), pod Piszem, i nie zapominajmy o tej bezimiennej wiosce pośród niczego, nie wspominając o tak drobnym utrudnieniu jak wahadło na polnej drodze do Mikołajek, a i przemarsz kolumny wojsk pancernych we wsi Łęgi Małe… taka droga nie byłaby polską swojską drogą.
Po 7 godzinach dotarliśmy na miejsce, wbrew zapewnieniom nawigacji, która jak się okazuje na niczym się nie zna. Po drodze mieliśmy przyjemność podziwiać różnorodne okoliczności przyrody. Żeby nie być gołosłownym, podziwialiśmy bociany, piękne lasy, wspaniałe jeziora, bociany, tłumy turystów, bociany, pola złocistych zbóż, bociany, łąki zielonych traw falujących na wietrze. A, wspominałem już, że widzieliśmy bociany? Mam wrażenie, że im dalej na północny-wschód tym więcej bocianów. Doszło do tego, że na jeden słup przypadało 3,145 bociana. Ale ale, nie o bocianach jest ta opowieść. Jest o naszym zwierzyńcu. Znaczy o moim psie, znaczy Akicie i tym cholernym sierściuchu co to drze ryja jak, nie przymierzając, jakaś akustyczna apokalipsa. Podróż w wykonaniu mojego pupila przebiega spokojnie, na ogół. Niestety rzecz ma się zgoła inaczej jeśli chodzi o Joko. Wkładaliście kiedyś koteczkę (heh) do samochodu? Nie? To szkoda. Tym co ich nie lubię, życzę siedmiu kotów i wyjazdu na wakacje. Ma toto smyczkę z szeleczkami.


W zasadzie, to powinno załatwić sprawę. Niestety nie załatwia. Oj jak bardzo nie załatwia. Nie jestem pewien czy potraficie sobie to wyobrazić, niemniej spróbuję Wam to opisać. Jest maleńki kotek o wdzięcznym imieniu Joko. To po takiej znanej postaci. Jest malutki, śliczny, mruczący i puchaty. I tu następuje nagły zwrot akcji. Zakładamy mu śliczne, malusie, cholernie drogie szeleczki ze smyczką i powinien być wdzięczny, szczęśliwy i co najważniejsze cichy. Ale nie, trzeba drzeć pysk – najlepiej jak opętana (polecam do obejrzenia klasykę gatunku „Egzorcysta”). Wrażenia są podobne. No może bez wymiotów i akcji z krzyżykiem. Ważę swoje i może trochę cudzego, w każdym razie pacyfikacja siłowa niespełna kilogramowego kota jest jakoś tak nie na miejscu. Koniec końców udało się upchać bagaże, żonę, dzieci, Akitę i demonicznego kota do samochodu. Odjazd. Dzieci jak to dzieci pokolenia XYZ, siedzą cicho zapatrzone w swoje smerfony, i-pfony, tablety i łaptoki. Akita podziwia mijane bociany, zapewne marząc o ekscytujących pościgach, nagłych zwrotach, driftach na dwóch łapach. Niestety ktoś nie jest w stanie docenić ciszy, spokoju i przerażającej monotonii podróży.
Miiiiaaaaaaaauuuuuuuuu!! Miaaaaauuuuuueeeeeeee!!! Miamiamia uuuuueeeeooooo!!!!
Bo niby dlaczego siedzieć cicho jak można robić piekielny ryk schowawszy się pod fotelem kierowcy. Po kilku godzinach podróży jestem zagorzałym zwolennikiem sterylizacji, kastracji a nawet aborcji do pierwszego roku życia. Niestety przystanek w celu zamknięcia mordy demonowi spod fotela nie wchodzi w grę. Bo jeszcze wyrwie się na wolność i szkód narobi w pobliskim gospodarstwie. No wicie skwaśniałe mleko, krowy włażące ze strachu na drzewa, kozy opętane demoniczną manią by uprawiać czarną mszę na pobliskim poniemieckim cmentarzu. No takie tam. Więc nie stajemy. Składam swoje cierpienia na ołtarzu każdego bóstwa, zresztą im bardziej pogańskie tym lepiej i jedziemy dalej. Bociany przyglądają nam się paciorkowatymi oczkami. I wiecie co? Chyba im się podoba. Wyglądają na zadowolone.



I tak w końcu dotarliśmy do miejscowości o intrygującej i jakże obrazowej nazwie Pieczarki. Kiedyś zbadam dokładnie etymologie powstania tej nazwy. Miejsce do, którego przybyliśmy okazało się wszystkim tym z czego Mazury słyną. Jezioro tuż, tuż, las dookoła, trawnik dla trzody domowej, grill przed domkiem, palenisko gotowe – nic tylko stos ustawić jakby żona marudziła za bardzo, słup obok. A na słupie? No zgadnijcie kto siedzi? Bocian. Hmm jakże oryginalnie. Patrzę na ten symbol Polskości, na tego ptaka jak malowanie, którego każde dziecko zna i wypatruje na wiosnę. I myślę sobie tak. - Wszyscy wiedzą co to ptaszysko dostarcza. Mam już komplet i jeżeli kiedyś znowu wyląduję w pieluchach to tylko będąc dziadkiem. Hmmm kocham boże stworzenia (zwłaszcza jeśli szczekają). Więc pomysł zrąbania słupa i późniejszego tłumaczenia, że to był taki trochę wypadek z użyciem siekiery, odrzuciłem. Na szczęście sytuacja rozwiązała się sama. W pobliskiej wiosce indiańskiej – bez jaj prawdziwej – zaopatrzyłem się w łuk ze strzałą. Poszedłem pod mój własny (choć tylko wynajęty, ale jednak) słup z bocianem i wytłumaczyłem zwiastunowi szczęśliwej nowiny jak bardzo można się pomylić podczas dostawy. Zrozumiał.


Wjechaliśmy na podwórzec. Inaczej tego nie nazwę. Pięknie jest. Miejsca tyle, że nie tylko pies, tudzież Akita zajęcie znajdzie ale i inne atrakcje. Huśtawki dla dzieci, kwietnik do rozkopywania, trawnik jak boisko, beczka z deszczówką, no i ściana pamięci. Naprawdę wielka pilśniowa płyta ze starymi narzędziami. A wśród nich, no nie zgadniecie J stare wnyki. Szatański uśmiech rozjaśnił moją twarz. Mała myszka, odrobina wiskasa i powrót będzie cudowny, przejmująco cichy. Niestety moja lepsza połowa czyta te same lektury co ja. Spojrzała na mnie tylko raz i oświadczyła  „Żebyś mi się nie ważył !” Cóż. Może miałem to wypisane na czole? Kto wie… Jestem bardzo otwartym człowiekiem. Tak więc urocze myśli o zatrzaskujących się metalowych szczękach i pożegnalnym mmmiiiiaaaaarrrrghhhhh odleciały na skrzydłach marzeń. Jak się okazało nasz ukochany Akita bardzo, ale to bardzo upodobał sobie ogród z trawnikiem. Na noc musiałem go na siłę wciągać do domku. Biegał po trawie na bosaka w porannej rosie śpiewając Bacha. Bardzo mu się podobała okolica. I tu taka następuje dziwne zdarzenie. Pewna urocza i jakże delikatna rączka stuka mnie w ramię. Subtelny i jakże sugestywny głosik zwraca mi delikatnie uwagę „Piszesz bloga nie powieść! Daj już spokój. Krócej, zwięźlej, zacieśniaj, ograniczaj!! Nie jesteś żaden Sapkowski, nie rozpływaj się w opisach!!! Zabieraj 4 litery i zmiataj. – No cóż na tak postawione „dictum acerbum” muszę na dziś skończyć.
A do meritum w kwestii tytułowego zagłębia dotrę w następnym wpisie.
                                                                                                                                                                             Ja Loki