Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak pies z kotem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak pies z kotem. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 listopada 2016

Nowy członek stada



Jak wygląda rozbudowa stada?
Słowo na dzisiaj. Czytanie z księgi Rozrostu. Ewangelia według Mnie- Lokiego. 
I stworzył Pan mężczyznę. Lecz samotny mu się wydawał więc z kawałka serca jego uczynił Pan psa i dał mu za towarzysza. I pojął Pan, iż było to słuszne, dobre i właściwe. – mała dygresja spory co do rasy jeszcze trwają lecz sądzę, że był to Akita. Bo niby jaki inny pies potrafi być tak wierny.- I żyli tak sobie pan i pies jego. I radowali się spacerami wspólnymi. I towarzystwem wzajemnem. I dobrze im było jako w niebie. I chciał Pan aby szczęście człowieka było pełniejsze jeszcze. I uczynił on kota. Z czego nie wiadomo, lecz pewnie z dolnych części jakowyś. I jak wiadomo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Takoż było i tym razem. Kot wtargnął w życie szczęśliwe jak choroba jakowaś. Zapewne biegunka podstępna. Pod nogami plątać się zaczął. Psa w nos drapać bezustannie pragnął. Przez co i na wystawach pies nie mógł się godnie prezentować. I japę drzeć o żarcie bezustannie począł. Nic tylko złapać sierściucha za pchlarz jego i z domu wywalić. Najlepiej z piętra dziewiątego. I pojął Pan, iż źle się stało. Naprawić to zapragnął i z żebra męskiego kobietę uczynił. I wszystko już dokumentnie spierd_lił. 

Wybaczcie parafrazę. Ale nie mogłem się powstrzymać. Nie to żebym miał cokolwiek przeciwko Paniom. Ja tylko przytaczam fragment pisma małoświętego.

A tak na poważnie.Witam. 
Dzisiaj chciałbym się z Wami podzielić naszymi doświadczeniami z zakresu wprowadzania nowych członków rodziny do stada. Najsampierw koteczka. Jak pewnie wszystkim wiadomo ma na imię Joko. Nie mylić z Yoko. Posiada rodowód jak stąd do końca piekła, skąd zapewne pochodzi. Więc jest rodowodowa. W odróżnieniu od Yoko, która posiada…ła tylko sławnego męża. Ale nie o tym. Otóż ta Joko dołączyła do naszego stada w wieku 8 tygodni. Jakież to było małe, jakie bezbronne, jakie milusie, jakie puchate i przytulińskie. 

Ale wszystko co dobre kiedyś się kończy. Rzeczona Joko to Brytyjka z wściekle bursztynowymi oczami. Charakterem lamparcicy z bólem zęba i mordką misia Uszatka. W sumie takie skrzyżowanie kombajnu z sieczkarnią opakowane w plusz. Otóż to małe, niewinne stworzątko przedstawiliśmy naszemu pierwszemu i jedynemu Akicie. To jak zareagował nasz Pierwszy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Tu mała dygresja. Zanim doszło do zakupu Akity z prawdziwego zdarzenia, czytaliśmy o rasie, też o poszczególnych osobnikach. Zapoznaliśmy się z rysem historycznym, opiniami ekspertów, wypowiedziami hodowców. Tu mała. Nie- kłamię!- duża dygresja odnośnie opinii ekspertów. Pierwsza połowa twierdzi – Akita nie toleruje w domu kotów. Zabije wszystko co kocie, choćby to były kapcie w kształcie kotów. Druga połowa znowu WIELKIMI LITERAMI twierdzi: Akita to najlepszy przyjaciel kota.  W końcu jest najbardziej kocim psem na świecie. Nigdy nie podniesie zębów na przedstawiciela pokrewnego gatunku. Trzecia połowa natomiast, zwolennicy umiarkowanego zaufania mówią Akita jest Akita. Chcesz mu dać kota to daj, ale nie przywiązuj się do niego za bardzo.


 Jeśli chcesz mieć kota dłużej niż dobę to przedstaw kota i odizoluj, wtedy wysoce prawdopodobne jest, że będziesz miał kota dłużej- może nawet dwie doby. Bo potem pójdziesz do pracy, a twoja Akita zostanie sama z twoim kotem. Będzie dobrze, szkoda, że krótko. I tu moi drodzy wkraczam Ja. Z moim Akitą i kotem mojej żony (oby zdechł sierściuch w maksymalnych męczarniach- taki żarcik). Świadomi morderczych skłonności ukochanego pierworodnego Akity wprowadziliśmy koteczkę powoli. Jako, że jestem odpowiedzialny za zwierzęta w domu to ja przepełniony odpowiedzialnością, dumny i blady wszedłem do domu. Lisu patrzył na mnie pełen wyczekującej nadziei. Ja lekko zdenerwowany powagą misji nie potrafiłem się oprzeć tym oczkom skośnym. Ale trzymam fason. Patrzę na tego mojego ukochanego psiaka i myślę. Jak ja mogę mu tego odmówić. Przecież on taki MÓJ. Ale wiem. Ciąży na mnie odpowiedzialność za dopiero co zakupionego kotka. Jestem poważnym człowiekiem. Znam swoje obowiązki. Dbam o moje zwierzęta. Więc nie dałem się. Wyciągam kota zza pazuchy i mówię. Staram się aby mój głos odpowiadał powadze sytuacji. Powaga jest nieodzowna. W końcu to nowy członek stada. Nie chcemy żadnych nieplanowanych wypadków. Więc wyciągam tą puszystą kulkę zza pazuchy i mówię… Lisu ZABAWKA. Kłap…
Żartuję. Wcale tak nie było. To było tylko takie niewinne marzenie. Niestety musiałem być dużo bardziej odpowiedzialny. Kurde. Nawet sobie nie wyobrażacie ile taki śierściuch potrafi kosztować. Kocham mojego Akitę ale, nawet on nie będzie jadł takiej drogiej kolacji. Dlatego też kot został przedstawiony w kawałkach. Znaczy niedosłownie. Najpierw pozwoliłem by Lisu podszedł do mnie gdy bydlę siedziało mi pod kurtką. Zostałem dokładnie obwąchany. Uznano, że ja to ja jednakże z czymś dziwnym. Nakazałem siad. O dziwo posłuchał. Mówię dobrze jest. Siedzi. Jedziemy zatem dalej. „Zostaw”. Zostawił. Nie bardzo wiedział co, ale zostawił. Ha, myślę sobie. Jest mój. Moja szkoła. Zna mores. Wie kto rządzi. Świetnie siedzi, więc czas mu przedstawić koteczkę. Sięgam więc pod pachą gdzie do tej chwili chowała się ta mała pokraka. W sumie warto powiedzieć w tej chwili, że zwierzęta mają dużo czulszy nos. Koteczka chyba wiedziała kto na nią czeka. Zaparła się tylnymi łapkami. Słodkie to było. Takie maleństwo. Ale przednie łapki miały, qurwa pazury ostre jak lancety. Rozorała mi przeklęta blać całą dłoń. Ja się tu szarpię z małym rozpruwaczem, a Akita patrzy. Myślę nie stracę twarzy przed moim pieskiem. Zaciskam zęby i wywlekam kocicę. I tu musiało nastąpić sprzężenie umysłów. Mój Akita wyczuł co myślę i zareagował. A myślałem:  Zdechnij śierściuchu. I zdechłby w zębach mojego Akity. 



Niestety niesamowity refleks mojej żony uchronił bydle przed zasłużoną śmiercią. Dosłownie w ułamku sekundy przed dekapitacją złapała sierściucha i zabrała ze szczęk przeznaczenia. Szkoda. A tak serio- jeśli wprowadzacie kota do stada Akity liczcie się z tym, że nie pożyje długo. My mieliśmy szczęście i piętrowy dom. Lisu nie wchodzi po schodach. Tak więc kot miał gdzie uciec. W chwili obecnej jedno bez drugiego nie wyobraża sobie życia. Ale trzeba było czasu i mnóstwa uwagi. Lisu na początku z dziką rozkoszą odgryzłby łeb Joko. Teraz biada temu kto zaczepi jego kota.
Ja
Loki

piątek, 5 sierpnia 2016

Spacery vol.2



Spacerować czy ganiać po lesie?
Poprzednio opisałem jak wygląda mój spacer po okolicznych ulicach. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami przeżyciami ze spaceru po lesie. Najsampierw wybór lasu. Osobiście lubię lasy, które oferują drzewa iglaste już wyrośnięte, z wielkimi połaciami mchu, bądź krzaczkami jagód. Mech oferuje grzyby, a jagody oferują, hmmm fioletowe palce, język i wargi. A no i jagody. W każdym razie las powoduje, że nigdy się nie nudzę spacerując. Szczerze mówiąc uwielbiam jeździć z moim ulubieńcem do lasu. Cisza, spokój, grzyby, spokój, cisza, jagody, spokój. No chyba, że jadą ze mną dzieci. Wtedy pozostają tylko jagody i grzyby. Ale dzisiaj spacer tylko z Akitą. Każdy lubi to, co lubi. Więc wybór lasu należy do każdego indywidualnie. Ja lubię las, który wygląda jak las. Nie jak zaniedbany ogród w którym jeżyny przejęły dominację. Mamy z Lisem swoje ukochane miejsca, w które jeździmy.

Znam las i wiem, że mści się na nieprzygotowanych. Tak więc w odróżnieniu od wyprawy po trawnikach wyprawa do lasu wymaga odpowiedniego ubioru. Przede wszystkim długie spodnie. Nawet w gorące dni w lesie jest chłodniej. Spodnie nie zabezpieczają przed zimnem lecz przed kleszczami. Koszula z długim rękawem. No i czapka na głowę. Nie potrafię nawet powiedzieć ile razy wracając z lasu, prowadząc samochód zauważyłem dzielnie pełznącego po nogawce kleszcza. Oczywiście następowała natychmiastowa relokacja stworzenia. Mam nadzieję, że coś je rozjechało, nim dotarły do rowu przydrożnego. Tak więc nie da się oszukać psa, a tym bardziej Akity co do wyprawy do lasu. Nie wiem jak on to robi, ale kiedy wyciągam moje stare kombaty i desanty, to on już wie. Naprawdę rozpoznaje spodnie i buty- o zaskoczeniu nie ma mowy. Przyjmuję na klatę. Dosłownie! Wszelkie oznaki radości i entuzjazmu. Ubrany, trochę poobijany, sponiewierany i oszołomiony siła akiciej radości - idziemy do samochodu. Tu następuje chwila szamotaniny. Ja chcę by wskoczył. On chce bym go podsadził. Czasami ja wygrywam, częściej on. Jedziemy, parkujemy w miejscu, z którego będzie łatwo wyjechać. Różnie bywa. Czasami deszcz pada i ziemia w lesie rozmięka. Dlatego warto wybrać miejsce, które umożliwi powrót. Otwieram bagażnik i wypuszczam rudo-biały tajfun radości. Tu nie ma mowy o smyczach, flexi czy sznurach. Jest radość i swoboda. Niestety jest też pewien mankament. Mianowicie okoliczni mieszkańcy mają brzydki zwyczaj skracania sobie drogi przez las. Jakby nie było ulicy, na której mogą ich, razem z ich rowerami, rozjechać zmotoryzowani. Nie- oni wolą zaryzykować spotkanie z dzikimi dzikami, wściekłymi lisami, królikami, srokami, sójkami i moim Lisem. To zdumiewające, im dalej w las tym więcej domniemanych kłusowników na rowerach. Nie rozumiem tego. My w lesie nie chodzimy po dróżkach. Idziemy na przełaj. Odnoszę wrażenie, że za każdym drzewem czai się miejscowy rolnik z rowerem. Autokarami ich dowożą czy co? Mniejsza z tym. Jesteśmy na łonie natury. Rolnicy z rowerami są nieszkodliwi. Dobrze, że okres polowań jest ściśle określony. Bo inaczej pewnie zastrzeliliby mnie, a co gorsza mojego Akitę. I o ile wybaczyłbym zastrzelenie mnie, to zastrzelenie mojego pupila spotkałoby się ze straszliwą i krwawą zemstą.  Ale wróćmy do spaceru bez drastycznych przygód. Puszczam tedy Lisa wolno. Momentalnie tracę go z oczu. Nie należy się jednak martwić. Akita zawsze potrafi wrócić do miejsca startu. Co więcej zawsze potrafi wrócić do Was. Prędzej Wy się zgubicie w lesie niż Wasz Akita. Więc wypuszczam go. Jak się rzekło momentalnie znika w lesie. Nie martwię się tym. W końcu mnie znajdzie i zaprowadzi do samochodu. Patrzenie na to jak biegnie jest czystą radością. Niestety Akita ma w duszy ukrytego łowcę. 

Z dostępnej literatury możemy się dowiedzieć, że najlepiej polują w tandemie. Jako, że nasza panna jest jeszcze za malutka na polowania to ja muszę spełniać rolę drugiego. Pewnego razu słyszę, że biegnie. Miga mi ruda sierść wśród drzew. Jest coraz bliżej. Nagle z krzaków wypada lis. Trudno opisać nasze zaskoczenie. On czterema łapami wrył się w ziemie. Mnie szczęka opadła do poziomu kolan. Rudzielec był tak zaskoczony, że przez kilka sekund wpatrywał się we mnie zdumiony. Następnie dał drapana w bok i tyle go widzieliśmy. Sekundę po tym Lisu wypadł z tych samych krzaków. Jak się okazało nagonił na mnie lisa. Niestety nie stanąłem na wysokości zadania i lis uciekł. Mieliśmy również podobne przygody z zającami i sarnami. Dlatego tak lubimy te wyprawy do lasu. Inaczej rzecz ma się z miejscowymi i zamiejscowymi rolnikami. Tymi co to ich autokarami dowożą. Kiedy na taki okaz natrafi mój Akita zaczyna szczekać. Słysząc szczekanie czym prędzej przemieszczam się w jego kierunku. Szczekanie znaczy się znalazł jakiegoś kłusownika-człowieka. Zazwyczaj jest to osobnik w gumofilcach, zastawiający się rowerem. Obłęd w oczach, włos rozwiany, wzrost nikczemny. Istny autochton. 


Akita stoi i sygnalizuje intruza. Intruz stoi, zastawia się rowerem i drze ryja, że jest mordowany. Tu muszę się pochwalić, że wystarczył jeden gwizd, by Lisu porzucił śmierdzącego obornikiem osobnika i podbiegł do mnie. Kurde jaki ja byłem dumny, z karności mojego ulubieńca. Ha klasa sama w sobie. Obiekt „ataku” zaprzestał głośnych ryków „ratunku” i „na pomoc” i startuje z pretensjami. Pies to powinien być na smyczy. I w kagańcu. I co to znaczy żeby puszczać tak groźne zwierzę wolno. Patrzę, słucham i nie wierzę. Na Policję mnie poda. Grzywnę będę płacił. Zatkało mnie. Wiem, że jestem mistrzem ciętej riposty, ale w tej chwili nie znalazłem słów. Dość kulawo zdołałem odeprzeć mnogość zarzutów mówiąc – Poje..ło Cię? – Tu nastąpiła tyrada na temat braku szacunku, że drzewiej lepiej bywało i młodzież (to niby ja) zwracała się odpowiednio do starszych. Właściwie to później zastanowiwszy się doszedłem do wniosku, że mój adwersarz mógł mieć o kilka lat mniej niż ja. Tyle, że życie i „keleris” styrały go tak, że wyglądał jak mój dziadek. Cóż. Nie słuchałem dalej. Oddaliliśmy się z Lisem w stronę samochodu. Tak więc pomimo tego, że o wiele bardziej lubimy spacery po lesie, gdzie można wybiegać i wyszaleć psiaka, to czyhają tam różne zagrożenia. Niektóre w gumofilcach.
                                                                                                                                                                      Ja Loki 

środa, 27 lipca 2016

Spacery vol 1 - smycz



Spacerować czy ganiać po lesie?
Niby pytanie proste i nie wymaga skomplikowanej odpowiedzi. Niestety jeśli mieszkasz w mieście jak my, znaczy w takiej przerośniętej wiosce z aspiracjami, to jest to żywotne pytanie, które wymaga wgłębienia się w materię. Co lepsze? Spacer na sznurku, czy puszczenie pupila samopas w lesie? Jak się zastanowić to jest kilka argumentów za i przeciw obydwu formom wypoczynku. Dziś chciałbym opowiedzieć o tym jak wyglądają nasze spacery. Tak jedne jak i drugie. Zacznijmy od spaceru, który określamy jako „na sznurku”. Niby nic takiego ale… Jak zauważyłem ostatnio zrobił się z tego rytuał. Spacer po zadbanych trawnikach okolicznych sąsiadów nie wymaga jakiegoś specjalnego ubioru. Tak więc skradam się do sterty sierści leżącej w wykopanej jamie i udającej mojego pupila. Po cichutku zdejmuje smycz. Sama smycz stanowi osobną opowieść. 

Jest czerwono-biała jak Lisu, ciężka i ma kółeczka do skracania. Nie wiem czy próbowaliście kiedyś zdjąć po cichutku cumę holowniczą. Nie? To nie będziecie wiedzieć jakie to uczucie. To jakby siedzieć w kinie i z usiłować bezgłośnie otwierać paczkę czipsów. Tego na pewno próbowaliście. Już podczas wyjmowania ich z plecaka całe kino wie co kombinujecie. I wy to wiecie, że oni wiedzą, i staracie się być jeszcze ciszej. I wam to za diabła nie wychodzi. Powód takiego zachowania staje się oczywisty dla każdego, kto widział mojego ulubieńca podczas przygotowań do spaceru.  Wyobraźcie sobie taran. Dla niewtajemniczonych tłumaczę, że jest to wielki pień drzewa służący do wyważania bram w miastach. O, na pewno oglądaliście „Władcę Pierścieni” Uruk-Hai mają tam taki, niemal dokładnie taki. Nawet łeb na końcu się zgadza. No więc wyobraźcie sobie biało rudy taran z różowym językiem na wierzchu rzucający się na Was w przypływie masakrującego żebra entuzjazmu. Normalnie zachowanie niepojęte. Bo niby co? Pierwszy raz idzie na spacer? Ale jest jak jest. Nie chcę skończyć na OIOM-ie to się skradam. Czasem się udaje, częściej nie. Ale nie zaprzestaje prób. Mam jeszcze kilka niepołamanych żeber, z których jestem dumny i blady. To przez trudności w oddychaniu. Tak więc skradam się. Po cichutku podchodzę i udaję, że poprawiam obróżkę. Klik. Smycz założona. Teraz tylko szybki sprint by schować się przed dzikim napadem radości i entuzjazmu 40-kilogramowej kuli włochatego szczęścia. Bezpieczny za murem z ustawionych worków z piaskiem wydaję autorytatywne komendy. Np. Zostaw ten worek, gdzie mnie ciągniesz?, to moja noga!, złaź ze mnie, itp. Osobiście uważam, że jestem posiadaczem psa rasy Akita. Ostatnio wytłumaczono mi, że to Lisu jest posiadaczem człowieka marki Ja. Hmmm prawda często bywa nieprzyjemna i bolesna, zwłaszcza w okolicach żeber. Smycz na miejscu, możemy iść na spacerek. I tu następuje chwila satysfakcji. Idziemy ulicą. Mieszkamy w okolicy gdzie niemal każdy posiada psa. I te podwórzowe burki ujadają jak dzikie. Drą te papy z uporem godnym lepszej sprawy. A mój Lisu nic! Mija je z godnością i w milczeniu. To piękne. Pewnie niektórzy sami o tym wiedzą, a inni być może będą mieli okazję się przekonać. Wspaniałe uczucie. Dookoła jazgot psich parweniuszy. A wy przechadzacie się w ciszy. Znaczy metaforycznie, bo okoliczne psy robią taki hałas, że nie słychać własnych myśli. Tak więc idziemy dumni i milczący. Stajemy pod każdym drzewkiem, murkiem, bramą, kamieniem, krzaczkiem, górką piasku, zaparkowanym samochodem, motorem, skuterem, rowerem, kępą trawy, zupełnie niczym co jest ciekawe. Obwąchujemy dokładnie, oznaczamy kropelką moczu. Nigdy nie za dużą. Nie wiemy przecież ile tych ciekawych przerywników jeszcze przed nami. Mocz do znakowania ma niestety ograniczoną ilość. Trzeba uważać bo się skończy przed powrotem do domu. Mija pierwsze 45 minut spaceru. Jesteśmy 36 metrów od domu. Każda okoliczna rzecz, okoliczność przyrody, zbyt wolno uciekające zwierzę zostało skropione i oznakowane. Uwielbiam długie spacery więc jestem wniebowzięty. Nie wiem czy usiłowaliście kiedyś zmusić Akitę siłowo do szybszego marszu. Jeśli nie to polecam. Nie jest już potrzebna siłownia. Macie sznurek, na którego końcu dynda wesoło Akita, który aktualnie ma inne zdanie w kwestiach spacerowych. Dla porównania możecie zapiąć na smyczy pień drzewa i ciągnąć. 


 










  
Skutek będzie ten sam. Choć może nawet uda Wam się ruszyć drzewo. No więc spacerujemy sobie. Ale jest jeszcze druga strona ulicy. Z wyrywającym ramię ze stawu entuzjazmem przechodzimy na trawniki sąsiadów po drugiej strony. I tu następuje ciekawostka. Kwestia dotyczy tych grubszych potrzeb. Jeżeli łazimy po przydomowym parku, takim prawie lasku, gdzie załatwienie potrzeby nie bulwersowałoby nikogo, zwłaszcza, że i tak zawsze sprzątam to co po nas zostaje, to ono nie następuje. Odnoszę wrażenie, że ma to dużo wspólnego ze znakowaniem. Trzeba wyszukać jakiś pagórek, duży kamień, kępę sprzyjająco wyrośniętych krzaków. Następnie zaczynamy taniec połączony z wywołującym zawroty głowy wirowaniem bo nagle w jednym momencie perfekcji oznakować teren. Zazwyczaj gdzieś na wysokości kilkunastu centymetrów. Pomijam już następujące po tym drapanie i rozpraszanie zapachu. Dla nieobznajomionych odradzam stanie z tyłu. Można się niemile zaskoczyć, a właściwie zostać niemile trafionym. Jak widzę, Akita znaczy teren na pewnej wysokości i szuka miejsc wyeksponowanych. I dlatego dziwi, że jeśli tylko znajdzie jakiś prosty jak stół, świetnie wystrzyżony kawałek trawnika to nie może się powstrzymać. Ja stoję i patrzę. No bo niby co mam zrobić. Ciągnąć za smycz? W takiej chwili? Nikomu bym tego nie zrobił. A za płotem stoi właściciel trawnika. Ręce ma złożone na piersi i tupie stopą. Hmmm uśmiecham się promiennie. – Ja to posprzątam! – Zapewniam pana o wymiarach godnych byka rozpłodowego. – Ja myślę! - Oświadcza wbrew wszelkim znakom na niebie, ziemi i twarzy. Cenię sobie własną fizjonomię, więc powstrzymuję się od komentarza, bo jeszcze zrozumie. Czekamy, defekacja dobiega końca. I tu straszna chwila. Pamiętałem o zabraniu woreczka? Jeśli tak to rewelacja. Jeśli nie to następuje bardzo krępujący moment, gdy panicznie rozglądam się za reklamówką zaśmiecającą okolice. I wiecie co. W takiej sytuacji okazuje się, że wszyscy są tak porządni, że nigdy ich nie wyrzucają. A wtedy nie pozostaje nic innego jak wziąć sprawy we własne ręce… Po tych przeżyciach wracamy do domu. Niestety. Wszelkie pozostawione uprzednio ślady musiały się przedawnić bo trzeba je osikać jeszcze raz. Nie to żeby mi to przeszkadzało. Szkoda tylko, że jedna dłoń jest zajęta. A jak na złość w pobliży nie przewidziano żadnego śmietnika. Pytanie. Gdzie oni wyrzucili wszystkie te zbędne woreczki, reklamówki, gazetki reklamowe. Docieramy w końcu do domu gdzie mój pupil wypija wiadro wody, w celu uzupełnienia płynów, które stracił był podczas spaceru, po czym oddaje istną fontannę moczu na rosnącą obok tuję. Bo po co ma rosnąć. Jak wiadomo iglaki i sikające psy przyciągają się.  Tak więc wyprowadzanie psa „na sznurku” po okolicy ma liczne zalety. Zwłaszcza ekologiczne. Jeśli tam spacerujesz, nie spodziewaj się, że ktoś wyrzuci choćby papierek po gumie do żucia w okolicy. W następnym wpisie opowiem Wam jak wygląda dzikie bieganie po lesie.