Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot i pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot i pies. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2016

Chmpion niebylejaki



chwalę się.
Wiem, że blog ma być o Akicie. W sumie o naszych Akitach. Niestety nie potrafię sobie odmówić przyjemności. Będę się chwalił. W zasadzie powinienem być skromny i w ogóle. Ale nie dziś. Dzisiaj rozpiera mnie duma. Rozsadza mnie poczucie spełnienia. Jestem szczęśliwy. Dlatego też opiszę nasze kulminacyjne dwa tygodnie, kiedy to zapełniliśmy rodowód wpisami.
Ale od początku- rodowód ma stronę tylną- taką pustą i smutną. Tam dokonywane są różnego rodzaju wpisy. Jeszcze dwa tygodnie temu my też nic tam nie mieliśmy. Ale, ale, tylna strona nie powinna zostawać pusta, jeżeli poważnie myśli się o hodowli. My zaczęliśmy od psa i nie pozostało nam nic innego jak doprowadzić go do wszystkiego, co zdoła osiągnąć. Zaczęliśmy pojawiać się na wystawach mniej więcej rok temu. I nie chodzi tylko o bieganie po ringu. O nie! Nawet sobie nie zdajecie sprawy, ile to wymaga nerwów. Niby nic takiego: wejść z psem na ring, przebiec kółko czy dwa i po herbacie. Jedna z wystaw, nieważne jaka, jedziemy, znamy stawkę. Takie to już z nas cwaniaki. Umiemy sprawdzić jaka jest stawka. Czyli ile psów będzie się produkowało z naszym. Niezbyt wysoka, bo tylko trzy psy- ranga międzynarodowa. Wiemy już kto będzie z nami występował. A to już jest wyższa szkoła jazdy na psich wrotkach, jednak nerwy są takie same. Dążę to tego, że do pewnych uprawnień potrzebne są wpisy w rodowodzie. A te, zdobywa się tylko na wystawach. Zresztą to wszystko opisane jest w regulaminach wystaw, hodowli, statucie ZKWP. Nie będę tu opowiadał o ustawach. To nie LEX. W każdym razie jedziemy na wystawę. Stawka jak mówiłem niewysoka. Do reproduktora brakuje jednej międzynarodowej oceny doskonałej. Znam mojego psa, w sensie Akitę. Będzie dobrze. Stoimy przed ringiem. Gorąco jak w piekle. Ja się pocę. Zresztą w poceniu mógłbym startować w mistrzostwach świata. Lisu dyszy jakby miał za chwilę duszę wydyszeć. I w odróżnieniu od pewnej dominującej sekty uważam, że pies też człowiek i duszę mieć powinien. Obok mnie dwie panie dyszą również. Nieco się obawiam. Ich zaczerwienione spojrzenia kierują się w naszą stronę. Cholera wie. Opcje są trzy zaraz zejdą na zawał, zjedzą albo zgwałcą. Patrzę chyłkiem na boki. Jedno oko na prawo, drugie na lewo. Modlę się żarliwie o podwójny zawał. Trzecie oko kieruję na ring, bo nie daj Swarożyc spóźnić się na stawkę. Dobra nasza. Asystentka sędziego jak gwiazda MMA biega z planszą nad głową ogłaszając mój numerek.

 Dyszenie z prawej i lewej przenosi się na hostessę. Oddycham z ulgą. Będę żył. Chwila refleksji. Niestety, one też. Ja się pytam czy tak trudno majtnąć podwójny zawał z wylewem. Zwłaszcza, że modlę się tak szczerze. No chyba kurde nie. OK- nie będziemy karać zawałem dyszących w ucho. Sekta i tyle. Otóż nasza stawka wchodzi, panie straciły mną zainteresowanie. Chyba powinienem się obrazić. Bo niby co. Gorszy jakiś jestem czy co? I dyszą teraz pożądliwie w kierunku Pani asystentki. Odległość jakieś półtora metra. Każda z pań uzbrojona w Akitę. Nie zawahają się jej użyć. To pewne. Asystentka patrzy rozpaczliwie w moją stronę. Ja jedyny nie dyszę. Dyszenie skończyło mi się kwadrans temu. Ja konam w 35 stopniowym upale. Radź sobie sama kobieto myślę. Rycerz w błyszczącej zbroi skonał z odwodnienia kilka minut temu. Jego koń zresztą też. Lisu wygląda jakby miał za chwilę zejść, ale dzielnie słania się w kierunku sędziego. Patrzę gasnącym wzrokiem w kierunku życiodajnego cienia wielkiej markizy, pod którą sędzia macha do nas radośnie. Chciałbym pomachać w odpowiedzi, ale mi się ręce skończyły. I wtedy słyszę głos. Głos zwiastujący nasz zgon. Głos wieszczący naszą rychłą zgubę. Głos oznajmiający wyrok. „JA POPROSZĘ PAŃSTWA DWA Kółeczka DOOKOŁA”. Jakby kółka można było w kwadrat zrobić. Myślę sobie. Tak życzliwie jak tylko jestem w stanie. Ja cię znajdę. O jak ja cię znajdę to ty poczujesz się odnaleziony. Niech tylko zogniskuję wzrok. Ale biegnę te dwa kółka po planie kwadratu. 

Pan siedzi pod markizą i sączy leniwie wodę z lodem.  – Dobrze – powiada – starczy- sadysta. Poproszę tu do oceny. Ale nie. Proszę się cofnąć. Proszę wyciągnąć tego psa spod stołu. Nie, nie proszę wyjść tam na światło. Ja muszę widzieć pieska. Wyciągam więc zwłoki mojego Lisa spod markizy. Poproszę pokazać zęby. No to szczerzę się do niego jak głupi. Tu następuje chwila niepewności egzystencjonalnej. Hmmm – słyszę – pan ma szczękościsk? Co? Odpowiadam inteligentnie. Gdyż IQ spada równomiernie z poziomem wody w organizmie. Zęby. Proszę pokazać. I teraz zadanie dla najdzielniejszych. Zaciśnijcie zęby i powiedzcie. PRZECIEŻ POKAZUJĘ. W odpowiedzi usłyszycie pełne zdumionego niezrozumienia – Co? - Siłą trzeba się powstrzymywać, żeby nie odpowiedzieć klasycznie. W końcu przez czerwoną mgłę zasnuwającą mój umysł zrozumiałem, że chodzi mu o zęby psa. Ostatnim przebłyskiem rozsądku powstrzymałem odpowiedź. To sobie sam zobacz jak ci palców nie szkoda. Zebraliśmy resztki sił i pokazaliśmy zęby. Tym razem Lisa. Następne pytanie było powalające. Ten pies to raczej w kiepskiej formie jest, prawda? Dlaczego? Pytam. No bo tak ziaje. Kurwa umarłem. Mam psa o sierści pięciocentymetrowej, podszerstku tak gęstym, że woda nie ma prawa dotknąć skóry. Przyzwyczajonym do spania w śniegu na dziesięciostopniowym mrozie. Nie wytrzymałem, odpowiedziałem. Od jutra zaczniemy biegać, żeby poprawić kondycję. Nastąpiła reszta oceny. Otrzymaliśmy ocenę doskonałą. 


Oczywiście odrobinę przejaskrawiłem opowieść. Ale nie za bardzo. Innym razem otrzymaliśmy ocenę dobrą. Choć upału nie było i ring spoko. Nie ma reguły. Chodzi mi o to, że nawet jak nie zajmuje się miejsca to najbardziej liczy się ocena. Czy masz pierwsze czy trzecie najlepiej jak jest doskonała. W każdym razie w przeciągu ostatnich dwóch tygodni nasza karta rodowodowa zapełniła się. Najpierw badanie na dysplazję. Lędźwiową i łokciową. Wyniki doskonałe. Wpis w rodowód. Zaraz potem wpis w Warszawskim Oddziale Polskiego ZKWP- Reproduktor. Do tego potrzeba trzech ocen doskonałych. Z dwóch wystaw krajowych i jednej międzynarodowej lub klubowej. Mieliśmy i międzynarodówkę (tę trochę gorącą) i klubówkę. Ale poszła międzynarodówka. I mamy reproduktora. Zostało nam już tylko do wpisania championat młodzieżowy. I tu muszę się pochwalić. Międzynarodowa w Poznaniu. Duża rzecz. Dwudniowa. Ranga światowa. Sędziowie z 25 krajów. Wystawcy z pięciu kontynentów. Sobota. Ring młodzieży. I mamy. Jesteśmy pierwsi. Mamy złoto, mamy Best of Junior. Pełnia szczęścia. I co najważniejsze mamy championat młodzieżowy. Potrzeba dwóch zwycięstw w wystawach krajowych i jednej międzynarodowej. Oczywiście z oceną doskonałą. Nam brakowało międzynarodowej, bo krajówki zaliczyliśmy gdzieś po drodze. Więc w przeciągu dwóch tygodni Lisu zaliczył: badania na dysplazję – zdrowy, wpis na reproduktora (3 wystawy), wpis na Młodzieżowego Championa Polski (3 wystawy-inne J a co). A w niedzielę zaledwie 2/5 i vicemistrz kraju w klasie juniorów.
 
Ależ jesteśmy dumni.
Ja
Loki

piątek, 5 sierpnia 2016

Spacery vol.2



Spacerować czy ganiać po lesie?
Poprzednio opisałem jak wygląda mój spacer po okolicznych ulicach. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami przeżyciami ze spaceru po lesie. Najsampierw wybór lasu. Osobiście lubię lasy, które oferują drzewa iglaste już wyrośnięte, z wielkimi połaciami mchu, bądź krzaczkami jagód. Mech oferuje grzyby, a jagody oferują, hmmm fioletowe palce, język i wargi. A no i jagody. W każdym razie las powoduje, że nigdy się nie nudzę spacerując. Szczerze mówiąc uwielbiam jeździć z moim ulubieńcem do lasu. Cisza, spokój, grzyby, spokój, cisza, jagody, spokój. No chyba, że jadą ze mną dzieci. Wtedy pozostają tylko jagody i grzyby. Ale dzisiaj spacer tylko z Akitą. Każdy lubi to, co lubi. Więc wybór lasu należy do każdego indywidualnie. Ja lubię las, który wygląda jak las. Nie jak zaniedbany ogród w którym jeżyny przejęły dominację. Mamy z Lisem swoje ukochane miejsca, w które jeździmy.

Znam las i wiem, że mści się na nieprzygotowanych. Tak więc w odróżnieniu od wyprawy po trawnikach wyprawa do lasu wymaga odpowiedniego ubioru. Przede wszystkim długie spodnie. Nawet w gorące dni w lesie jest chłodniej. Spodnie nie zabezpieczają przed zimnem lecz przed kleszczami. Koszula z długim rękawem. No i czapka na głowę. Nie potrafię nawet powiedzieć ile razy wracając z lasu, prowadząc samochód zauważyłem dzielnie pełznącego po nogawce kleszcza. Oczywiście następowała natychmiastowa relokacja stworzenia. Mam nadzieję, że coś je rozjechało, nim dotarły do rowu przydrożnego. Tak więc nie da się oszukać psa, a tym bardziej Akity co do wyprawy do lasu. Nie wiem jak on to robi, ale kiedy wyciągam moje stare kombaty i desanty, to on już wie. Naprawdę rozpoznaje spodnie i buty- o zaskoczeniu nie ma mowy. Przyjmuję na klatę. Dosłownie! Wszelkie oznaki radości i entuzjazmu. Ubrany, trochę poobijany, sponiewierany i oszołomiony siła akiciej radości - idziemy do samochodu. Tu następuje chwila szamotaniny. Ja chcę by wskoczył. On chce bym go podsadził. Czasami ja wygrywam, częściej on. Jedziemy, parkujemy w miejscu, z którego będzie łatwo wyjechać. Różnie bywa. Czasami deszcz pada i ziemia w lesie rozmięka. Dlatego warto wybrać miejsce, które umożliwi powrót. Otwieram bagażnik i wypuszczam rudo-biały tajfun radości. Tu nie ma mowy o smyczach, flexi czy sznurach. Jest radość i swoboda. Niestety jest też pewien mankament. Mianowicie okoliczni mieszkańcy mają brzydki zwyczaj skracania sobie drogi przez las. Jakby nie było ulicy, na której mogą ich, razem z ich rowerami, rozjechać zmotoryzowani. Nie- oni wolą zaryzykować spotkanie z dzikimi dzikami, wściekłymi lisami, królikami, srokami, sójkami i moim Lisem. To zdumiewające, im dalej w las tym więcej domniemanych kłusowników na rowerach. Nie rozumiem tego. My w lesie nie chodzimy po dróżkach. Idziemy na przełaj. Odnoszę wrażenie, że za każdym drzewem czai się miejscowy rolnik z rowerem. Autokarami ich dowożą czy co? Mniejsza z tym. Jesteśmy na łonie natury. Rolnicy z rowerami są nieszkodliwi. Dobrze, że okres polowań jest ściśle określony. Bo inaczej pewnie zastrzeliliby mnie, a co gorsza mojego Akitę. I o ile wybaczyłbym zastrzelenie mnie, to zastrzelenie mojego pupila spotkałoby się ze straszliwą i krwawą zemstą.  Ale wróćmy do spaceru bez drastycznych przygód. Puszczam tedy Lisa wolno. Momentalnie tracę go z oczu. Nie należy się jednak martwić. Akita zawsze potrafi wrócić do miejsca startu. Co więcej zawsze potrafi wrócić do Was. Prędzej Wy się zgubicie w lesie niż Wasz Akita. Więc wypuszczam go. Jak się rzekło momentalnie znika w lesie. Nie martwię się tym. W końcu mnie znajdzie i zaprowadzi do samochodu. Patrzenie na to jak biegnie jest czystą radością. Niestety Akita ma w duszy ukrytego łowcę. 

Z dostępnej literatury możemy się dowiedzieć, że najlepiej polują w tandemie. Jako, że nasza panna jest jeszcze za malutka na polowania to ja muszę spełniać rolę drugiego. Pewnego razu słyszę, że biegnie. Miga mi ruda sierść wśród drzew. Jest coraz bliżej. Nagle z krzaków wypada lis. Trudno opisać nasze zaskoczenie. On czterema łapami wrył się w ziemie. Mnie szczęka opadła do poziomu kolan. Rudzielec był tak zaskoczony, że przez kilka sekund wpatrywał się we mnie zdumiony. Następnie dał drapana w bok i tyle go widzieliśmy. Sekundę po tym Lisu wypadł z tych samych krzaków. Jak się okazało nagonił na mnie lisa. Niestety nie stanąłem na wysokości zadania i lis uciekł. Mieliśmy również podobne przygody z zającami i sarnami. Dlatego tak lubimy te wyprawy do lasu. Inaczej rzecz ma się z miejscowymi i zamiejscowymi rolnikami. Tymi co to ich autokarami dowożą. Kiedy na taki okaz natrafi mój Akita zaczyna szczekać. Słysząc szczekanie czym prędzej przemieszczam się w jego kierunku. Szczekanie znaczy się znalazł jakiegoś kłusownika-człowieka. Zazwyczaj jest to osobnik w gumofilcach, zastawiający się rowerem. Obłęd w oczach, włos rozwiany, wzrost nikczemny. Istny autochton. 


Akita stoi i sygnalizuje intruza. Intruz stoi, zastawia się rowerem i drze ryja, że jest mordowany. Tu muszę się pochwalić, że wystarczył jeden gwizd, by Lisu porzucił śmierdzącego obornikiem osobnika i podbiegł do mnie. Kurde jaki ja byłem dumny, z karności mojego ulubieńca. Ha klasa sama w sobie. Obiekt „ataku” zaprzestał głośnych ryków „ratunku” i „na pomoc” i startuje z pretensjami. Pies to powinien być na smyczy. I w kagańcu. I co to znaczy żeby puszczać tak groźne zwierzę wolno. Patrzę, słucham i nie wierzę. Na Policję mnie poda. Grzywnę będę płacił. Zatkało mnie. Wiem, że jestem mistrzem ciętej riposty, ale w tej chwili nie znalazłem słów. Dość kulawo zdołałem odeprzeć mnogość zarzutów mówiąc – Poje..ło Cię? – Tu nastąpiła tyrada na temat braku szacunku, że drzewiej lepiej bywało i młodzież (to niby ja) zwracała się odpowiednio do starszych. Właściwie to później zastanowiwszy się doszedłem do wniosku, że mój adwersarz mógł mieć o kilka lat mniej niż ja. Tyle, że życie i „keleris” styrały go tak, że wyglądał jak mój dziadek. Cóż. Nie słuchałem dalej. Oddaliliśmy się z Lisem w stronę samochodu. Tak więc pomimo tego, że o wiele bardziej lubimy spacery po lesie, gdzie można wybiegać i wyszaleć psiaka, to czyhają tam różne zagrożenia. Niektóre w gumofilcach.
                                                                                                                                                                      Ja Loki 

środa, 27 lipca 2016

Spacery vol 1 - smycz



Spacerować czy ganiać po lesie?
Niby pytanie proste i nie wymaga skomplikowanej odpowiedzi. Niestety jeśli mieszkasz w mieście jak my, znaczy w takiej przerośniętej wiosce z aspiracjami, to jest to żywotne pytanie, które wymaga wgłębienia się w materię. Co lepsze? Spacer na sznurku, czy puszczenie pupila samopas w lesie? Jak się zastanowić to jest kilka argumentów za i przeciw obydwu formom wypoczynku. Dziś chciałbym opowiedzieć o tym jak wyglądają nasze spacery. Tak jedne jak i drugie. Zacznijmy od spaceru, który określamy jako „na sznurku”. Niby nic takiego ale… Jak zauważyłem ostatnio zrobił się z tego rytuał. Spacer po zadbanych trawnikach okolicznych sąsiadów nie wymaga jakiegoś specjalnego ubioru. Tak więc skradam się do sterty sierści leżącej w wykopanej jamie i udającej mojego pupila. Po cichutku zdejmuje smycz. Sama smycz stanowi osobną opowieść. 

Jest czerwono-biała jak Lisu, ciężka i ma kółeczka do skracania. Nie wiem czy próbowaliście kiedyś zdjąć po cichutku cumę holowniczą. Nie? To nie będziecie wiedzieć jakie to uczucie. To jakby siedzieć w kinie i z usiłować bezgłośnie otwierać paczkę czipsów. Tego na pewno próbowaliście. Już podczas wyjmowania ich z plecaka całe kino wie co kombinujecie. I wy to wiecie, że oni wiedzą, i staracie się być jeszcze ciszej. I wam to za diabła nie wychodzi. Powód takiego zachowania staje się oczywisty dla każdego, kto widział mojego ulubieńca podczas przygotowań do spaceru.  Wyobraźcie sobie taran. Dla niewtajemniczonych tłumaczę, że jest to wielki pień drzewa służący do wyważania bram w miastach. O, na pewno oglądaliście „Władcę Pierścieni” Uruk-Hai mają tam taki, niemal dokładnie taki. Nawet łeb na końcu się zgadza. No więc wyobraźcie sobie biało rudy taran z różowym językiem na wierzchu rzucający się na Was w przypływie masakrującego żebra entuzjazmu. Normalnie zachowanie niepojęte. Bo niby co? Pierwszy raz idzie na spacer? Ale jest jak jest. Nie chcę skończyć na OIOM-ie to się skradam. Czasem się udaje, częściej nie. Ale nie zaprzestaje prób. Mam jeszcze kilka niepołamanych żeber, z których jestem dumny i blady. To przez trudności w oddychaniu. Tak więc skradam się. Po cichutku podchodzę i udaję, że poprawiam obróżkę. Klik. Smycz założona. Teraz tylko szybki sprint by schować się przed dzikim napadem radości i entuzjazmu 40-kilogramowej kuli włochatego szczęścia. Bezpieczny za murem z ustawionych worków z piaskiem wydaję autorytatywne komendy. Np. Zostaw ten worek, gdzie mnie ciągniesz?, to moja noga!, złaź ze mnie, itp. Osobiście uważam, że jestem posiadaczem psa rasy Akita. Ostatnio wytłumaczono mi, że to Lisu jest posiadaczem człowieka marki Ja. Hmmm prawda często bywa nieprzyjemna i bolesna, zwłaszcza w okolicach żeber. Smycz na miejscu, możemy iść na spacerek. I tu następuje chwila satysfakcji. Idziemy ulicą. Mieszkamy w okolicy gdzie niemal każdy posiada psa. I te podwórzowe burki ujadają jak dzikie. Drą te papy z uporem godnym lepszej sprawy. A mój Lisu nic! Mija je z godnością i w milczeniu. To piękne. Pewnie niektórzy sami o tym wiedzą, a inni być może będą mieli okazję się przekonać. Wspaniałe uczucie. Dookoła jazgot psich parweniuszy. A wy przechadzacie się w ciszy. Znaczy metaforycznie, bo okoliczne psy robią taki hałas, że nie słychać własnych myśli. Tak więc idziemy dumni i milczący. Stajemy pod każdym drzewkiem, murkiem, bramą, kamieniem, krzaczkiem, górką piasku, zaparkowanym samochodem, motorem, skuterem, rowerem, kępą trawy, zupełnie niczym co jest ciekawe. Obwąchujemy dokładnie, oznaczamy kropelką moczu. Nigdy nie za dużą. Nie wiemy przecież ile tych ciekawych przerywników jeszcze przed nami. Mocz do znakowania ma niestety ograniczoną ilość. Trzeba uważać bo się skończy przed powrotem do domu. Mija pierwsze 45 minut spaceru. Jesteśmy 36 metrów od domu. Każda okoliczna rzecz, okoliczność przyrody, zbyt wolno uciekające zwierzę zostało skropione i oznakowane. Uwielbiam długie spacery więc jestem wniebowzięty. Nie wiem czy usiłowaliście kiedyś zmusić Akitę siłowo do szybszego marszu. Jeśli nie to polecam. Nie jest już potrzebna siłownia. Macie sznurek, na którego końcu dynda wesoło Akita, który aktualnie ma inne zdanie w kwestiach spacerowych. Dla porównania możecie zapiąć na smyczy pień drzewa i ciągnąć. 


 










  
Skutek będzie ten sam. Choć może nawet uda Wam się ruszyć drzewo. No więc spacerujemy sobie. Ale jest jeszcze druga strona ulicy. Z wyrywającym ramię ze stawu entuzjazmem przechodzimy na trawniki sąsiadów po drugiej strony. I tu następuje ciekawostka. Kwestia dotyczy tych grubszych potrzeb. Jeżeli łazimy po przydomowym parku, takim prawie lasku, gdzie załatwienie potrzeby nie bulwersowałoby nikogo, zwłaszcza, że i tak zawsze sprzątam to co po nas zostaje, to ono nie następuje. Odnoszę wrażenie, że ma to dużo wspólnego ze znakowaniem. Trzeba wyszukać jakiś pagórek, duży kamień, kępę sprzyjająco wyrośniętych krzaków. Następnie zaczynamy taniec połączony z wywołującym zawroty głowy wirowaniem bo nagle w jednym momencie perfekcji oznakować teren. Zazwyczaj gdzieś na wysokości kilkunastu centymetrów. Pomijam już następujące po tym drapanie i rozpraszanie zapachu. Dla nieobznajomionych odradzam stanie z tyłu. Można się niemile zaskoczyć, a właściwie zostać niemile trafionym. Jak widzę, Akita znaczy teren na pewnej wysokości i szuka miejsc wyeksponowanych. I dlatego dziwi, że jeśli tylko znajdzie jakiś prosty jak stół, świetnie wystrzyżony kawałek trawnika to nie może się powstrzymać. Ja stoję i patrzę. No bo niby co mam zrobić. Ciągnąć za smycz? W takiej chwili? Nikomu bym tego nie zrobił. A za płotem stoi właściciel trawnika. Ręce ma złożone na piersi i tupie stopą. Hmmm uśmiecham się promiennie. – Ja to posprzątam! – Zapewniam pana o wymiarach godnych byka rozpłodowego. – Ja myślę! - Oświadcza wbrew wszelkim znakom na niebie, ziemi i twarzy. Cenię sobie własną fizjonomię, więc powstrzymuję się od komentarza, bo jeszcze zrozumie. Czekamy, defekacja dobiega końca. I tu straszna chwila. Pamiętałem o zabraniu woreczka? Jeśli tak to rewelacja. Jeśli nie to następuje bardzo krępujący moment, gdy panicznie rozglądam się za reklamówką zaśmiecającą okolice. I wiecie co. W takiej sytuacji okazuje się, że wszyscy są tak porządni, że nigdy ich nie wyrzucają. A wtedy nie pozostaje nic innego jak wziąć sprawy we własne ręce… Po tych przeżyciach wracamy do domu. Niestety. Wszelkie pozostawione uprzednio ślady musiały się przedawnić bo trzeba je osikać jeszcze raz. Nie to żeby mi to przeszkadzało. Szkoda tylko, że jedna dłoń jest zajęta. A jak na złość w pobliży nie przewidziano żadnego śmietnika. Pytanie. Gdzie oni wyrzucili wszystkie te zbędne woreczki, reklamówki, gazetki reklamowe. Docieramy w końcu do domu gdzie mój pupil wypija wiadro wody, w celu uzupełnienia płynów, które stracił był podczas spaceru, po czym oddaje istną fontannę moczu na rosnącą obok tuję. Bo po co ma rosnąć. Jak wiadomo iglaki i sikające psy przyciągają się.  Tak więc wyprowadzanie psa „na sznurku” po okolicy ma liczne zalety. Zwłaszcza ekologiczne. Jeśli tam spacerujesz, nie spodziewaj się, że ktoś wyrzuci choćby papierek po gumie do żucia w okolicy. W następnym wpisie opowiem Wam jak wygląda dzikie bieganie po lesie.