Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta domowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Veni, Vidi, Vici EDS 2017 KIEV vol.3

Pobudka. Dnia poprzedniego ustaliliśmy marszrutę. Do celu jedyne 15 km. Ale jak się okazuje, psy to trzeba przepłukać. Leżą sobie one na posadzce i szarzeją. No tak jakoś same z siebie. Co było białe, jest szare. Obsługa hotelowa o odkurzaczach słyszała. Co więcej nawet je oglądała. Na targach AGD zapewne. Jako, że zdecydowaliśmy się pokazać psy na wszystkich wystawach EDS przystępujemy do rzeczy. Kąpiel i suszenie w wannie z hydromasażem - pełen wypas i rozpusta. Jako, że hotel nie troszczy się o czystość w pokojach, sami musieliśmy posprzątać po kąpieli. W sumie, niby to uczciwe, ale niesmak pozostał. Zerwaliśmy się o nieludzkiej porze więc zostało nam jakieś 2,5 godziny do wejścia na ring. Szmat czasu. Nie musimy się śpieszyć i na spokojnie dojedziemy na miejsce. Psy zapakowane, klatki też, my siedzimy. Znaczy ani psy ani my nie siedzimy w klatkach. Klatki jadą osobno, znaczy z nami ale złożone. Zresztą nie o klatkach. Jedziemy na jedną z wystaw EDS 2017 - dziś UA-ichnia międzynarodówka. Droga, a właściwie nawierzchnia drogi mocno mnie zaskoczyła. Centrum miasta przypomina jakiś remont. Taki permanentny i stały- kontinuum. Jedna wielka dziura, choć raczej powinienem powiedzieć lej po bombie. Masakra - jak nie studzienki umiejscowione w koleinie, a wystające na 10 centymetrów, to dziury głębokie jak rów oceaniczny. Jakieś muldy i wybrzuszenia. Przypomina to mapę 3d niezwykle górzystej krainy, wręcz niby atlas rozpostarty na ulicach. No i ten brak linii oddzielających pasy ruchu. To niesamowite. W pewnej chwili stojąc na światłach na drodze, która wg. polskich standardów miała by trzy pasy ruchu, stoi 7 samochodów. I co najdziwniejsze nikt na nikogo nie trąbi! Jedziemy więc za wskazaniami nawigacji. Droga wiodła przez centrum. Super zobaczymy zabytki, może nawet jakieś inne miejsca godne obejrzenia. Tak w przelocie, ale dobre i to. Mój pilot, w trakcie podróży. Znaczy siedząca na prawego żona, prowadzi mnie niezawodnie do celu. Trafne komentarze na temat kierunku przeplatając przyjacielskimi radami dotyczącymi sposobu prowadzenia. Takimi jak:
- Celujesz w te dziury?
- Jakie dziury kobieto? To jest jedna wielka dziura.
- Zwolnij, rozwalisz koła!
- Zwolnij? Jadę 16 km/h, jak zwolnię to stanę!
I takie tam o poranku w samochodzie żebym przypadkiem nie zestresował się zanadto przed wystawą. Uśmiecham się uroczo przez zaciśnięte zęby, wyglądając jak zombie ze szczękościskiem. Zresztą wiecie jak to jest, kiedy obok siedzi marudząca na Wasz sposób prowadzenia osóbka. Dojechaliśmy do centrum. Znaczy na sławny Majdan. I tu niespodzianka. Całe centrum wyłączone jest z ruchu. Obchody święta, festyn, parada wojskowa. Zresztą co do parady to myślę, że zawieszenie broni pozwoliło ściągnąć do stolicy całe ciężkie uzbrojenie. No czołgów i wojska tyle, że dopiero teraz poczuliśmy się jak w strefie wojny. Choć drogi od początku wyglądały na zbombardowane. Stoimy, krótka rozmowa z miejscową Policją wyjaśniła, że tędy nie pojedziemy, i że w ogóle nie ma mowy. Musimy objazdem. Ale którędy? Tędy. Znaczy, że tędy dojedziemy? Nie znaju. Nie no, qrwa jakiś czeski film. Nawigacja upiera się byśmy jechali przez środek kolumny czołgów. O objazdach nie słyszała i nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Na nic tłumaczenie, że mam tylko lekkie uzbrojenie, niezdolne do przebijania pancerzy. Poziom frustracji wzrósł nieco powyżej zera. Ale mamy czas… objechaliśmy więc centrum i wybieramy ponownie teren wystawy. Oczywiście na stronie wystawy nie ma dokładnych namiarów. Jest tylko miejsce, w którym się odbywają. Jak się okazało takie miejsca są dwa. Powinniśmy być 2 kilometry od celu. Niestety nawigacja twierdzi, że jesteśmy 18. Mamy dużo czasu. Jedziemy więc w nowo wskazane miejsce. Trasa normalna. Dziury, studzienki, koleiny, leje po bombach, okopy i ”takie tam w Kijowie”. Dojechaliśmy w miejsce gdzie stoi zabytkowa pompa ręczna. Wystawy psów nie stwierdzono.
Dobra. Czasu mamy jeszcze sporo. Nie denerwujemy się. I wcale nie ma powodu, żeby na siebie wrzeszczeć na poboczu. Żadne takie. Jesteśmy opanowani, profesjonalni i zdecydowani na dotarcie do celu. Choćbym miał przebić się przez kolumnę pancerną wyłącznie przy pomocy otwieracza do konserw. Jako, że jestem dumnym posiadaczem scyzoryka typu Mac’Guywer nic dla mnie nie straszne. Nowe współrzędne i w drogę. Wróciliśmy do centrum. Ta sama policja i te same tłumaczenie, że tędy „Nie Lzia”. Fuck! Jak nie tędy to jak?! Moja żona straciła cierpliwość tak do moich prób porozumienia się w języku cyrylicy, jak i do udających niezrozumienie milicjantów. Wyjechała z oxfordzkim angielskim, który starł uśmieszek wyższości z wyrażających niezrozumienie fizjonomii funkcjonariuszy. Ha! My też potrafimy mówić w języku, którego wy „nie panimaju”, mamy was! Jeden z f-szy, taki bardziej kumaty, w łamanej angielszczyźnie oświadczył, że jego dziewczyna zna „anglijski” i on do niej zadzwoni. Zadzwonił. Pięć minut później zrezygnowaliśmy z czekania. Biedny człowiek właśnie obficie się tłumaczył, że nie wyniósł śmieci bo poszedł do pracy i że nie zna żadnej Nataszy. I że to nic nie znaczy. I że przeprasza, obiecuje poprawę i zmieni się diametralnie. Zacznie ćwiczyć jogę i przejdzie na veganizm. Stracona sprawa. W międzyczasie paradoksalnie czas nam się skurczył. Bardzo. Ogłoszono oficjalnie. Można panikować. Zacząłem rozglądać się z paniką w oczach dookoła w poszukiwaniu ratunku. W ręku nie wiedzieć jak znalazł się scyzoryk. Otwarty - opcja otwieracz do konserw czyli wchodzę w tryb wojenny i analizuję sytuację. Nie jest źle - pierwsze sześć trupów padnie zanim pozostali się zorientują. I tu jak zwykle sytuacja została uratowana przez moją niezastąpioną żonę. Zawsze tak się dzieje, że gdy sytuacja jest już tak beznadziejna, że gorzej się nie da, ONA znajduje rozwiązanie. Dlatego ją znoszę i nadal może jeździć na prawego, a nie w przyczepce za samochodem. Swoim nadzwyczaj bystrym wzrokiem, jedyne -18 dioptrii, namierzyła taksówkę. Nie bacząc na własne bezpieczeństwo, wbiegła na ulicę pomiędzy jadące Łady i kategorycznie zażądała, aby stanął pośrodku skrzyżowania. Widok niecodzienny. Korek utworzył się momentalnie. Moja lepsza połówka, jakby tego nie zauważyła… może zresztą faktycznie nie zauważyła. Będąc w trybie „panika” wytłumaczyła taksówkarzowi, oczywiście w najczystszym angielskim, gdzie chcemy dotrzeć. Taksówkarz był równie błyskawiczny. Wsiadaj, dał znak pozawerbalny. Jedźcie za nami wrzasnęła moja żona. Ha w końcu przewodnik znający miasto. Jesteśmy uratowani! Jak na amerykańskich filmach ruszyliśmy z piskiem opon. Łamiąc kilkanaście przepisów o ruchu drogowym na oczach przynajmniej piętnastu miejscowych policjantów. Kurde, to jest akcja. Adrenalina wali w żyły. Gnamy jak potępieńcy. Nikt się nie martwi o opony i zawieszenie. No dosłownie jak w filmie. Przed oczami mam sceny pościgów po San Francisco. Iskry sypią się na wybojach. Na taką akcję czekałem całe życie. Nagle taksówka przed nami sygnalizuje zjazd na pobocze. Stajemy. Co jest? Wypadam z samochodu. Noga nadal mi drga od kurczowego wciskania gazu. Moja wszechmocna żona wyskakuje z taksówki. I tu następuje nagły zwrot akcji. Jak w najlepszej powieści sensacyjnej. Podbiega do mnie. Włos rozwiany, wzrok szalony, adrenalina bucha z niej jak z wulkanu. On, kurwa nie rozumie ani słowa po angielsku, weź mu kurwa wytłumacz gdzie jedziemy!!! Oklapłem jak przekłuta dętka. Odpaliłem internet w telefonie i pokazuję taksówkarzowi gdzie chcemy być. Uspokoił się wyraźnie, rozpoznał zdjęcie. To tylko 15 km stąd mówi. Za pól godziny będziemy. I faktycznie byliśmy. Zadziwiające jest jednak, że te 15 kilometrów przebyliśmy w 25 minut jadąc średnio 100 km/h. Pierwszego dnia po powrocie odwiedziłem wulkanizację gdzie dokonałem zmiany czterech opon na nowe. Te z Kijowa nie nadawały się już do niczego. Organizacja wystawy była całkiem niezła. Weterynarzy podbijających zgłoszenia było chyba ze dwudziestu. Katalogi i wejściówki rozdawane w kilku miejscach. Wejście na teren przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Bez kolejek i zbędnego czekania. Pierwsza wystawa poszła raczej średnio. Lisu nie zajął lokaty, Ruda była trzecia. Sroka wbrew oczekiwaniom, bo cała wyliniała zajęła drugie miejsce, czym nas zaskoczyła i doprowadziła do tego, że ten dzień się opłacił. Na zakończenie oznaczyłem to miejsce w nawigacji, coby dnia następnego oszczędzić sobie stresu. Powróciliśmy do hotelu. Resztę dnia poświęciliśmy na odpoczynek i dochodzenie do siebie. No i naturalnie spożyliśmy tradycyjny miejscowy posiłek. W życiu nie jadłem tak dobrego burito i fajity. Następuje dzień drugi. Dzisiaj tylko Lisu występuje. Jako, że Lisu jest piękny, dumny i wyniosły, a ja nie. Wystawia go nasz przyjaciel i mój mentor Marek Szrejter, który uczy mnie prawidłowego psiego behawioru i którego w tym właśnie celu zaprosiliśmy na wyprawę do Kijowa. Tak więc tego dnia z przyczyn czysto technicznych, to ja pozostałem z dziewczynami w hotelu. Dzięki temu miałem czas zaznajomić się z miejscową geografią. Niesamowite jest to, że widok psa na smyczy budzi powszechne zdziwienie. Ludzie nie wyprowadzają tam psów na spacery, albo nie posiadają psów, które należy wyprowadzać. Co więcej, w życiu nie widziałem tylu bezpańsko biegających psów. Nie jestem pewien, na jakiej zasadzie funkcjonował ten hotel, ale Sroka i Ruda były miejscową sensacją. I to nie tylko wśród dzieci, które zakochałyby je na śmierć, ale i wśród rodziców. Pokazywano nas jak jakąś ciekawostkę. Ludzie podchodzili i pokazywali dzieciom na rękach. „Patrzaj eto sobaka”. Kurde u nas tak się robi z krowami i owcami. Co oni zrobili ze swoimi psami? Zjedli? Pod koniec naszego pobytu miejscowe dzieci na pamięć znały każdego naszego psa i jak tylko wychodziłem z nimi na spacer pędem biegły do nas przywitać się. Znały imiona, wiedziały, którego i jak głaskać, co więcej odnoszę wrażenie, że znały wszelkie szczegóły ich życia. Co więcej nasze psy znały te dzieci i cieszyły się na te przejawy niemal boskiej adoracji. Zdębiałem w chwili, gdy usłyszałem jak dziewczynka, lat może 5 tłumaczy nowo przybyłemu chłopcu. To jest Akita, ten duży to pies. Nazywa się Lisu. Nie podchodź do niego od przodu, tylko stań z boku. I delikatnie dotknij jego boku. Bo wiesz „on możiet kuszac”. A ta mniejsza to dziewczynka. Nazywa się „Ryża”. Jest słodka. Ta czarna to Sroka, „ty znajesz tak ptica”. Ona liże jak ją głaskasz. No rozkleiłem się. Z tego co widziałem, tylko nasze psy cieszyły się takim powodzeniem. Ale to spowodowane było chyba tym, że pozostali właściciele psów nie pozwalali ich głaskać. Zaobserwowałem pewną prawidłowość. Polacy nie mieli nic przeciwko temu aby dzieci dopieszczały ich psy. Niestety było ich zatrważająco mało. Rosjanie natomiast nie pozwalali się dzieciom zbliżać. Cóż co kraj to obyczaj. Może się obawiali, że im psy wybrudzą. No i najważniejsze. Lisu na wystawie zajął drugie miejsce z Res.Cac-em. W końcu coś się zaczęło dziać po naszej myśli. Po powrocie resztę dnia spędziliśmy na świętowaniu sukcesu. Zresztą pod wieczór, kiedy świętowanie doprowadziło do pewnych braków w rejonach barkowych, zmuszony byłem udać się na pobliski Shell w celu poczynienia zakupów. Psy zrobiły oszałamiające wrażenie na obsłudze stacji, jaki i na odwiedzających. Spędziłem tam ponad godzinę opowiadając zebranemu audytorium o Akitach. Było fajnie. Hot-dogi całkiem wystygły. W końcu zacząłem wierzyć, że może jednak ta wyprawa ma jakiś sens. Cdn…

piątek, 5 sierpnia 2016

Spacery vol.2



Spacerować czy ganiać po lesie?
Poprzednio opisałem jak wygląda mój spacer po okolicznych ulicach. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami przeżyciami ze spaceru po lesie. Najsampierw wybór lasu. Osobiście lubię lasy, które oferują drzewa iglaste już wyrośnięte, z wielkimi połaciami mchu, bądź krzaczkami jagód. Mech oferuje grzyby, a jagody oferują, hmmm fioletowe palce, język i wargi. A no i jagody. W każdym razie las powoduje, że nigdy się nie nudzę spacerując. Szczerze mówiąc uwielbiam jeździć z moim ulubieńcem do lasu. Cisza, spokój, grzyby, spokój, cisza, jagody, spokój. No chyba, że jadą ze mną dzieci. Wtedy pozostają tylko jagody i grzyby. Ale dzisiaj spacer tylko z Akitą. Każdy lubi to, co lubi. Więc wybór lasu należy do każdego indywidualnie. Ja lubię las, który wygląda jak las. Nie jak zaniedbany ogród w którym jeżyny przejęły dominację. Mamy z Lisem swoje ukochane miejsca, w które jeździmy.

Znam las i wiem, że mści się na nieprzygotowanych. Tak więc w odróżnieniu od wyprawy po trawnikach wyprawa do lasu wymaga odpowiedniego ubioru. Przede wszystkim długie spodnie. Nawet w gorące dni w lesie jest chłodniej. Spodnie nie zabezpieczają przed zimnem lecz przed kleszczami. Koszula z długim rękawem. No i czapka na głowę. Nie potrafię nawet powiedzieć ile razy wracając z lasu, prowadząc samochód zauważyłem dzielnie pełznącego po nogawce kleszcza. Oczywiście następowała natychmiastowa relokacja stworzenia. Mam nadzieję, że coś je rozjechało, nim dotarły do rowu przydrożnego. Tak więc nie da się oszukać psa, a tym bardziej Akity co do wyprawy do lasu. Nie wiem jak on to robi, ale kiedy wyciągam moje stare kombaty i desanty, to on już wie. Naprawdę rozpoznaje spodnie i buty- o zaskoczeniu nie ma mowy. Przyjmuję na klatę. Dosłownie! Wszelkie oznaki radości i entuzjazmu. Ubrany, trochę poobijany, sponiewierany i oszołomiony siła akiciej radości - idziemy do samochodu. Tu następuje chwila szamotaniny. Ja chcę by wskoczył. On chce bym go podsadził. Czasami ja wygrywam, częściej on. Jedziemy, parkujemy w miejscu, z którego będzie łatwo wyjechać. Różnie bywa. Czasami deszcz pada i ziemia w lesie rozmięka. Dlatego warto wybrać miejsce, które umożliwi powrót. Otwieram bagażnik i wypuszczam rudo-biały tajfun radości. Tu nie ma mowy o smyczach, flexi czy sznurach. Jest radość i swoboda. Niestety jest też pewien mankament. Mianowicie okoliczni mieszkańcy mają brzydki zwyczaj skracania sobie drogi przez las. Jakby nie było ulicy, na której mogą ich, razem z ich rowerami, rozjechać zmotoryzowani. Nie- oni wolą zaryzykować spotkanie z dzikimi dzikami, wściekłymi lisami, królikami, srokami, sójkami i moim Lisem. To zdumiewające, im dalej w las tym więcej domniemanych kłusowników na rowerach. Nie rozumiem tego. My w lesie nie chodzimy po dróżkach. Idziemy na przełaj. Odnoszę wrażenie, że za każdym drzewem czai się miejscowy rolnik z rowerem. Autokarami ich dowożą czy co? Mniejsza z tym. Jesteśmy na łonie natury. Rolnicy z rowerami są nieszkodliwi. Dobrze, że okres polowań jest ściśle określony. Bo inaczej pewnie zastrzeliliby mnie, a co gorsza mojego Akitę. I o ile wybaczyłbym zastrzelenie mnie, to zastrzelenie mojego pupila spotkałoby się ze straszliwą i krwawą zemstą.  Ale wróćmy do spaceru bez drastycznych przygód. Puszczam tedy Lisa wolno. Momentalnie tracę go z oczu. Nie należy się jednak martwić. Akita zawsze potrafi wrócić do miejsca startu. Co więcej zawsze potrafi wrócić do Was. Prędzej Wy się zgubicie w lesie niż Wasz Akita. Więc wypuszczam go. Jak się rzekło momentalnie znika w lesie. Nie martwię się tym. W końcu mnie znajdzie i zaprowadzi do samochodu. Patrzenie na to jak biegnie jest czystą radością. Niestety Akita ma w duszy ukrytego łowcę. 

Z dostępnej literatury możemy się dowiedzieć, że najlepiej polują w tandemie. Jako, że nasza panna jest jeszcze za malutka na polowania to ja muszę spełniać rolę drugiego. Pewnego razu słyszę, że biegnie. Miga mi ruda sierść wśród drzew. Jest coraz bliżej. Nagle z krzaków wypada lis. Trudno opisać nasze zaskoczenie. On czterema łapami wrył się w ziemie. Mnie szczęka opadła do poziomu kolan. Rudzielec był tak zaskoczony, że przez kilka sekund wpatrywał się we mnie zdumiony. Następnie dał drapana w bok i tyle go widzieliśmy. Sekundę po tym Lisu wypadł z tych samych krzaków. Jak się okazało nagonił na mnie lisa. Niestety nie stanąłem na wysokości zadania i lis uciekł. Mieliśmy również podobne przygody z zającami i sarnami. Dlatego tak lubimy te wyprawy do lasu. Inaczej rzecz ma się z miejscowymi i zamiejscowymi rolnikami. Tymi co to ich autokarami dowożą. Kiedy na taki okaz natrafi mój Akita zaczyna szczekać. Słysząc szczekanie czym prędzej przemieszczam się w jego kierunku. Szczekanie znaczy się znalazł jakiegoś kłusownika-człowieka. Zazwyczaj jest to osobnik w gumofilcach, zastawiający się rowerem. Obłęd w oczach, włos rozwiany, wzrost nikczemny. Istny autochton. 


Akita stoi i sygnalizuje intruza. Intruz stoi, zastawia się rowerem i drze ryja, że jest mordowany. Tu muszę się pochwalić, że wystarczył jeden gwizd, by Lisu porzucił śmierdzącego obornikiem osobnika i podbiegł do mnie. Kurde jaki ja byłem dumny, z karności mojego ulubieńca. Ha klasa sama w sobie. Obiekt „ataku” zaprzestał głośnych ryków „ratunku” i „na pomoc” i startuje z pretensjami. Pies to powinien być na smyczy. I w kagańcu. I co to znaczy żeby puszczać tak groźne zwierzę wolno. Patrzę, słucham i nie wierzę. Na Policję mnie poda. Grzywnę będę płacił. Zatkało mnie. Wiem, że jestem mistrzem ciętej riposty, ale w tej chwili nie znalazłem słów. Dość kulawo zdołałem odeprzeć mnogość zarzutów mówiąc – Poje..ło Cię? – Tu nastąpiła tyrada na temat braku szacunku, że drzewiej lepiej bywało i młodzież (to niby ja) zwracała się odpowiednio do starszych. Właściwie to później zastanowiwszy się doszedłem do wniosku, że mój adwersarz mógł mieć o kilka lat mniej niż ja. Tyle, że życie i „keleris” styrały go tak, że wyglądał jak mój dziadek. Cóż. Nie słuchałem dalej. Oddaliliśmy się z Lisem w stronę samochodu. Tak więc pomimo tego, że o wiele bardziej lubimy spacery po lesie, gdzie można wybiegać i wyszaleć psiaka, to czyhają tam różne zagrożenia. Niektóre w gumofilcach.
                                                                                                                                                                      Ja Loki 

środa, 27 lipca 2016

Spacery vol 1 - smycz



Spacerować czy ganiać po lesie?
Niby pytanie proste i nie wymaga skomplikowanej odpowiedzi. Niestety jeśli mieszkasz w mieście jak my, znaczy w takiej przerośniętej wiosce z aspiracjami, to jest to żywotne pytanie, które wymaga wgłębienia się w materię. Co lepsze? Spacer na sznurku, czy puszczenie pupila samopas w lesie? Jak się zastanowić to jest kilka argumentów za i przeciw obydwu formom wypoczynku. Dziś chciałbym opowiedzieć o tym jak wyglądają nasze spacery. Tak jedne jak i drugie. Zacznijmy od spaceru, który określamy jako „na sznurku”. Niby nic takiego ale… Jak zauważyłem ostatnio zrobił się z tego rytuał. Spacer po zadbanych trawnikach okolicznych sąsiadów nie wymaga jakiegoś specjalnego ubioru. Tak więc skradam się do sterty sierści leżącej w wykopanej jamie i udającej mojego pupila. Po cichutku zdejmuje smycz. Sama smycz stanowi osobną opowieść. 

Jest czerwono-biała jak Lisu, ciężka i ma kółeczka do skracania. Nie wiem czy próbowaliście kiedyś zdjąć po cichutku cumę holowniczą. Nie? To nie będziecie wiedzieć jakie to uczucie. To jakby siedzieć w kinie i z usiłować bezgłośnie otwierać paczkę czipsów. Tego na pewno próbowaliście. Już podczas wyjmowania ich z plecaka całe kino wie co kombinujecie. I wy to wiecie, że oni wiedzą, i staracie się być jeszcze ciszej. I wam to za diabła nie wychodzi. Powód takiego zachowania staje się oczywisty dla każdego, kto widział mojego ulubieńca podczas przygotowań do spaceru.  Wyobraźcie sobie taran. Dla niewtajemniczonych tłumaczę, że jest to wielki pień drzewa służący do wyważania bram w miastach. O, na pewno oglądaliście „Władcę Pierścieni” Uruk-Hai mają tam taki, niemal dokładnie taki. Nawet łeb na końcu się zgadza. No więc wyobraźcie sobie biało rudy taran z różowym językiem na wierzchu rzucający się na Was w przypływie masakrującego żebra entuzjazmu. Normalnie zachowanie niepojęte. Bo niby co? Pierwszy raz idzie na spacer? Ale jest jak jest. Nie chcę skończyć na OIOM-ie to się skradam. Czasem się udaje, częściej nie. Ale nie zaprzestaje prób. Mam jeszcze kilka niepołamanych żeber, z których jestem dumny i blady. To przez trudności w oddychaniu. Tak więc skradam się. Po cichutku podchodzę i udaję, że poprawiam obróżkę. Klik. Smycz założona. Teraz tylko szybki sprint by schować się przed dzikim napadem radości i entuzjazmu 40-kilogramowej kuli włochatego szczęścia. Bezpieczny za murem z ustawionych worków z piaskiem wydaję autorytatywne komendy. Np. Zostaw ten worek, gdzie mnie ciągniesz?, to moja noga!, złaź ze mnie, itp. Osobiście uważam, że jestem posiadaczem psa rasy Akita. Ostatnio wytłumaczono mi, że to Lisu jest posiadaczem człowieka marki Ja. Hmmm prawda często bywa nieprzyjemna i bolesna, zwłaszcza w okolicach żeber. Smycz na miejscu, możemy iść na spacerek. I tu następuje chwila satysfakcji. Idziemy ulicą. Mieszkamy w okolicy gdzie niemal każdy posiada psa. I te podwórzowe burki ujadają jak dzikie. Drą te papy z uporem godnym lepszej sprawy. A mój Lisu nic! Mija je z godnością i w milczeniu. To piękne. Pewnie niektórzy sami o tym wiedzą, a inni być może będą mieli okazję się przekonać. Wspaniałe uczucie. Dookoła jazgot psich parweniuszy. A wy przechadzacie się w ciszy. Znaczy metaforycznie, bo okoliczne psy robią taki hałas, że nie słychać własnych myśli. Tak więc idziemy dumni i milczący. Stajemy pod każdym drzewkiem, murkiem, bramą, kamieniem, krzaczkiem, górką piasku, zaparkowanym samochodem, motorem, skuterem, rowerem, kępą trawy, zupełnie niczym co jest ciekawe. Obwąchujemy dokładnie, oznaczamy kropelką moczu. Nigdy nie za dużą. Nie wiemy przecież ile tych ciekawych przerywników jeszcze przed nami. Mocz do znakowania ma niestety ograniczoną ilość. Trzeba uważać bo się skończy przed powrotem do domu. Mija pierwsze 45 minut spaceru. Jesteśmy 36 metrów od domu. Każda okoliczna rzecz, okoliczność przyrody, zbyt wolno uciekające zwierzę zostało skropione i oznakowane. Uwielbiam długie spacery więc jestem wniebowzięty. Nie wiem czy usiłowaliście kiedyś zmusić Akitę siłowo do szybszego marszu. Jeśli nie to polecam. Nie jest już potrzebna siłownia. Macie sznurek, na którego końcu dynda wesoło Akita, który aktualnie ma inne zdanie w kwestiach spacerowych. Dla porównania możecie zapiąć na smyczy pień drzewa i ciągnąć. 


 










  
Skutek będzie ten sam. Choć może nawet uda Wam się ruszyć drzewo. No więc spacerujemy sobie. Ale jest jeszcze druga strona ulicy. Z wyrywającym ramię ze stawu entuzjazmem przechodzimy na trawniki sąsiadów po drugiej strony. I tu następuje ciekawostka. Kwestia dotyczy tych grubszych potrzeb. Jeżeli łazimy po przydomowym parku, takim prawie lasku, gdzie załatwienie potrzeby nie bulwersowałoby nikogo, zwłaszcza, że i tak zawsze sprzątam to co po nas zostaje, to ono nie następuje. Odnoszę wrażenie, że ma to dużo wspólnego ze znakowaniem. Trzeba wyszukać jakiś pagórek, duży kamień, kępę sprzyjająco wyrośniętych krzaków. Następnie zaczynamy taniec połączony z wywołującym zawroty głowy wirowaniem bo nagle w jednym momencie perfekcji oznakować teren. Zazwyczaj gdzieś na wysokości kilkunastu centymetrów. Pomijam już następujące po tym drapanie i rozpraszanie zapachu. Dla nieobznajomionych odradzam stanie z tyłu. Można się niemile zaskoczyć, a właściwie zostać niemile trafionym. Jak widzę, Akita znaczy teren na pewnej wysokości i szuka miejsc wyeksponowanych. I dlatego dziwi, że jeśli tylko znajdzie jakiś prosty jak stół, świetnie wystrzyżony kawałek trawnika to nie może się powstrzymać. Ja stoję i patrzę. No bo niby co mam zrobić. Ciągnąć za smycz? W takiej chwili? Nikomu bym tego nie zrobił. A za płotem stoi właściciel trawnika. Ręce ma złożone na piersi i tupie stopą. Hmmm uśmiecham się promiennie. – Ja to posprzątam! – Zapewniam pana o wymiarach godnych byka rozpłodowego. – Ja myślę! - Oświadcza wbrew wszelkim znakom na niebie, ziemi i twarzy. Cenię sobie własną fizjonomię, więc powstrzymuję się od komentarza, bo jeszcze zrozumie. Czekamy, defekacja dobiega końca. I tu straszna chwila. Pamiętałem o zabraniu woreczka? Jeśli tak to rewelacja. Jeśli nie to następuje bardzo krępujący moment, gdy panicznie rozglądam się za reklamówką zaśmiecającą okolice. I wiecie co. W takiej sytuacji okazuje się, że wszyscy są tak porządni, że nigdy ich nie wyrzucają. A wtedy nie pozostaje nic innego jak wziąć sprawy we własne ręce… Po tych przeżyciach wracamy do domu. Niestety. Wszelkie pozostawione uprzednio ślady musiały się przedawnić bo trzeba je osikać jeszcze raz. Nie to żeby mi to przeszkadzało. Szkoda tylko, że jedna dłoń jest zajęta. A jak na złość w pobliży nie przewidziano żadnego śmietnika. Pytanie. Gdzie oni wyrzucili wszystkie te zbędne woreczki, reklamówki, gazetki reklamowe. Docieramy w końcu do domu gdzie mój pupil wypija wiadro wody, w celu uzupełnienia płynów, które stracił był podczas spaceru, po czym oddaje istną fontannę moczu na rosnącą obok tuję. Bo po co ma rosnąć. Jak wiadomo iglaki i sikające psy przyciągają się.  Tak więc wyprowadzanie psa „na sznurku” po okolicy ma liczne zalety. Zwłaszcza ekologiczne. Jeśli tam spacerujesz, nie spodziewaj się, że ktoś wyrzuci choćby papierek po gumie do żucia w okolicy. W następnym wpisie opowiem Wam jak wygląda dzikie bieganie po lesie.