Ashke Inu. Domowa hodowla Akit Japońskich.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzonki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzonki. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2016

Spacery vol 1 - smycz



Spacerować czy ganiać po lesie?
Niby pytanie proste i nie wymaga skomplikowanej odpowiedzi. Niestety jeśli mieszkasz w mieście jak my, znaczy w takiej przerośniętej wiosce z aspiracjami, to jest to żywotne pytanie, które wymaga wgłębienia się w materię. Co lepsze? Spacer na sznurku, czy puszczenie pupila samopas w lesie? Jak się zastanowić to jest kilka argumentów za i przeciw obydwu formom wypoczynku. Dziś chciałbym opowiedzieć o tym jak wyglądają nasze spacery. Tak jedne jak i drugie. Zacznijmy od spaceru, który określamy jako „na sznurku”. Niby nic takiego ale… Jak zauważyłem ostatnio zrobił się z tego rytuał. Spacer po zadbanych trawnikach okolicznych sąsiadów nie wymaga jakiegoś specjalnego ubioru. Tak więc skradam się do sterty sierści leżącej w wykopanej jamie i udającej mojego pupila. Po cichutku zdejmuje smycz. Sama smycz stanowi osobną opowieść. 

Jest czerwono-biała jak Lisu, ciężka i ma kółeczka do skracania. Nie wiem czy próbowaliście kiedyś zdjąć po cichutku cumę holowniczą. Nie? To nie będziecie wiedzieć jakie to uczucie. To jakby siedzieć w kinie i z usiłować bezgłośnie otwierać paczkę czipsów. Tego na pewno próbowaliście. Już podczas wyjmowania ich z plecaka całe kino wie co kombinujecie. I wy to wiecie, że oni wiedzą, i staracie się być jeszcze ciszej. I wam to za diabła nie wychodzi. Powód takiego zachowania staje się oczywisty dla każdego, kto widział mojego ulubieńca podczas przygotowań do spaceru.  Wyobraźcie sobie taran. Dla niewtajemniczonych tłumaczę, że jest to wielki pień drzewa służący do wyważania bram w miastach. O, na pewno oglądaliście „Władcę Pierścieni” Uruk-Hai mają tam taki, niemal dokładnie taki. Nawet łeb na końcu się zgadza. No więc wyobraźcie sobie biało rudy taran z różowym językiem na wierzchu rzucający się na Was w przypływie masakrującego żebra entuzjazmu. Normalnie zachowanie niepojęte. Bo niby co? Pierwszy raz idzie na spacer? Ale jest jak jest. Nie chcę skończyć na OIOM-ie to się skradam. Czasem się udaje, częściej nie. Ale nie zaprzestaje prób. Mam jeszcze kilka niepołamanych żeber, z których jestem dumny i blady. To przez trudności w oddychaniu. Tak więc skradam się. Po cichutku podchodzę i udaję, że poprawiam obróżkę. Klik. Smycz założona. Teraz tylko szybki sprint by schować się przed dzikim napadem radości i entuzjazmu 40-kilogramowej kuli włochatego szczęścia. Bezpieczny za murem z ustawionych worków z piaskiem wydaję autorytatywne komendy. Np. Zostaw ten worek, gdzie mnie ciągniesz?, to moja noga!, złaź ze mnie, itp. Osobiście uważam, że jestem posiadaczem psa rasy Akita. Ostatnio wytłumaczono mi, że to Lisu jest posiadaczem człowieka marki Ja. Hmmm prawda często bywa nieprzyjemna i bolesna, zwłaszcza w okolicach żeber. Smycz na miejscu, możemy iść na spacerek. I tu następuje chwila satysfakcji. Idziemy ulicą. Mieszkamy w okolicy gdzie niemal każdy posiada psa. I te podwórzowe burki ujadają jak dzikie. Drą te papy z uporem godnym lepszej sprawy. A mój Lisu nic! Mija je z godnością i w milczeniu. To piękne. Pewnie niektórzy sami o tym wiedzą, a inni być może będą mieli okazję się przekonać. Wspaniałe uczucie. Dookoła jazgot psich parweniuszy. A wy przechadzacie się w ciszy. Znaczy metaforycznie, bo okoliczne psy robią taki hałas, że nie słychać własnych myśli. Tak więc idziemy dumni i milczący. Stajemy pod każdym drzewkiem, murkiem, bramą, kamieniem, krzaczkiem, górką piasku, zaparkowanym samochodem, motorem, skuterem, rowerem, kępą trawy, zupełnie niczym co jest ciekawe. Obwąchujemy dokładnie, oznaczamy kropelką moczu. Nigdy nie za dużą. Nie wiemy przecież ile tych ciekawych przerywników jeszcze przed nami. Mocz do znakowania ma niestety ograniczoną ilość. Trzeba uważać bo się skończy przed powrotem do domu. Mija pierwsze 45 minut spaceru. Jesteśmy 36 metrów od domu. Każda okoliczna rzecz, okoliczność przyrody, zbyt wolno uciekające zwierzę zostało skropione i oznakowane. Uwielbiam długie spacery więc jestem wniebowzięty. Nie wiem czy usiłowaliście kiedyś zmusić Akitę siłowo do szybszego marszu. Jeśli nie to polecam. Nie jest już potrzebna siłownia. Macie sznurek, na którego końcu dynda wesoło Akita, który aktualnie ma inne zdanie w kwestiach spacerowych. Dla porównania możecie zapiąć na smyczy pień drzewa i ciągnąć. 


 










  
Skutek będzie ten sam. Choć może nawet uda Wam się ruszyć drzewo. No więc spacerujemy sobie. Ale jest jeszcze druga strona ulicy. Z wyrywającym ramię ze stawu entuzjazmem przechodzimy na trawniki sąsiadów po drugiej strony. I tu następuje ciekawostka. Kwestia dotyczy tych grubszych potrzeb. Jeżeli łazimy po przydomowym parku, takim prawie lasku, gdzie załatwienie potrzeby nie bulwersowałoby nikogo, zwłaszcza, że i tak zawsze sprzątam to co po nas zostaje, to ono nie następuje. Odnoszę wrażenie, że ma to dużo wspólnego ze znakowaniem. Trzeba wyszukać jakiś pagórek, duży kamień, kępę sprzyjająco wyrośniętych krzaków. Następnie zaczynamy taniec połączony z wywołującym zawroty głowy wirowaniem bo nagle w jednym momencie perfekcji oznakować teren. Zazwyczaj gdzieś na wysokości kilkunastu centymetrów. Pomijam już następujące po tym drapanie i rozpraszanie zapachu. Dla nieobznajomionych odradzam stanie z tyłu. Można się niemile zaskoczyć, a właściwie zostać niemile trafionym. Jak widzę, Akita znaczy teren na pewnej wysokości i szuka miejsc wyeksponowanych. I dlatego dziwi, że jeśli tylko znajdzie jakiś prosty jak stół, świetnie wystrzyżony kawałek trawnika to nie może się powstrzymać. Ja stoję i patrzę. No bo niby co mam zrobić. Ciągnąć za smycz? W takiej chwili? Nikomu bym tego nie zrobił. A za płotem stoi właściciel trawnika. Ręce ma złożone na piersi i tupie stopą. Hmmm uśmiecham się promiennie. – Ja to posprzątam! – Zapewniam pana o wymiarach godnych byka rozpłodowego. – Ja myślę! - Oświadcza wbrew wszelkim znakom na niebie, ziemi i twarzy. Cenię sobie własną fizjonomię, więc powstrzymuję się od komentarza, bo jeszcze zrozumie. Czekamy, defekacja dobiega końca. I tu straszna chwila. Pamiętałem o zabraniu woreczka? Jeśli tak to rewelacja. Jeśli nie to następuje bardzo krępujący moment, gdy panicznie rozglądam się za reklamówką zaśmiecającą okolice. I wiecie co. W takiej sytuacji okazuje się, że wszyscy są tak porządni, że nigdy ich nie wyrzucają. A wtedy nie pozostaje nic innego jak wziąć sprawy we własne ręce… Po tych przeżyciach wracamy do domu. Niestety. Wszelkie pozostawione uprzednio ślady musiały się przedawnić bo trzeba je osikać jeszcze raz. Nie to żeby mi to przeszkadzało. Szkoda tylko, że jedna dłoń jest zajęta. A jak na złość w pobliży nie przewidziano żadnego śmietnika. Pytanie. Gdzie oni wyrzucili wszystkie te zbędne woreczki, reklamówki, gazetki reklamowe. Docieramy w końcu do domu gdzie mój pupil wypija wiadro wody, w celu uzupełnienia płynów, które stracił był podczas spaceru, po czym oddaje istną fontannę moczu na rosnącą obok tuję. Bo po co ma rosnąć. Jak wiadomo iglaki i sikające psy przyciągają się.  Tak więc wyprowadzanie psa „na sznurku” po okolicy ma liczne zalety. Zwłaszcza ekologiczne. Jeśli tam spacerujesz, nie spodziewaj się, że ktoś wyrzuci choćby papierek po gumie do żucia w okolicy. W następnym wpisie opowiem Wam jak wygląda dzikie bieganie po lesie.


czwartek, 21 lipca 2016

LISU i JOKO

LISU i JOKO

Ja wspominałam duet Rybak i Kapuśniak był spektakularnym sukcesem, który dawał wszystkim wiele radości. Co ta para wyczyniała, to już materiał na książkę. Dość powiedzieć, że Kapuśniak w Internecie handlował tym co Rybak mógł zrobić mniej i bardziej niepożądanym indywiduom. Należy jednak zwrócić uwagę że:

a.    Kapuśniak był dobre pół roku starszy od Rybaka
b.    Jak Rybak przybył, to Kapuśniak był nawet większy
c.    Rybak wychowywany przez Kapuśniaka był przekonany że jest Kotem vide
d.    Rybak walczył łapami

Tak - 45 kilo owczarka niemieckiego atakowało intruza „z liścia”.

Gdy ich zabrakło w domu pojawił się LISU. Każdego ranka, pięć minut przed budzikiem przychodził wylizać mi uszy żebym do pracy brudna nie poszła. Gdy wracałam, dupy mu niemal szczęście nie urywało. Jakby mógł, to przytulałby się zawsze i wszędzie. No taka wymarzona Akita do kochania i przytulania na zabój. Akity to nie są czułe stworzenia, a przynajmniej nie do tego stopnia. Myślałam, że trafił nam się taki wyjątkowy cudny, czuły pieszczoszek do kochania i rozpuszczania. Nie, wcale się nie zastanawiałam gdzie jest ten pies samurajów, wykorzystywany do polowań na niedźwiedzie.

Jak dają to biorę i się cieszę!

Dnia pewnego ogon Lisa nie podniósł się rano.
Pani Akita, żona Pana Dariusza (zwanego u nas w domu Panem Akitą) nam dała jedną z najważniejszych wskazówek przy życiu z Akitami:

„ Gdy Akita ma opuszczony ogon to wiedz, że jest chora albo strasznie nieszczęśliwa”

My wyszliśmy z założenia, że LISU jako najwspanialsza Akita stąpająca po naszym świecie ma być tak szczęśliwy jak i zdrowy do granic możliwości. Popędziliśmy więc do lekarza z półrocznym szczenięciem, które zapadło na BOLERIOZĘ .

O objawach, przyczynach, leczeniu i zagrożeniach napisze wam Rafał bo to jego specjalizacja.
Chorobę zażegnaliśmy ale nie tylko. Pożegnaliśmy też szczeniaka- LISU szybko spoważniał po tej chorobie. Już mnie rano nie całował na dzień dobry, nie szukał naszego towarzystwa tak bardzo jak kiedyś. Z perspektywy czasu uważam ze rekonwalescencja trwała jakieś 3 miesiące, bo wróciły nasze poranne przytulasy i chęć do wspólnych zabaw i głupawki klasyczne po takim czasie, ale było już po ptokach. Rafał kupił mi KOTA do przytulania!

Wymarzona moja ciepła i milusińska JOKO, która okazała się diabłem wcielonym. Pani weterynarz powiedziała, że w życiu tak gadatliwego kota nie widziała. No ale co tam, każdy ma swoje wady. LISU na przykład, jak się okazało, panicznie bał się kotów… Gdy przywieźliśmy JOKO do domu był luty więc LISU miał 8 miesięcy. Dałam mu powąchać nowego domownika i tylko mój szalony refleks uratował ją przed dekapitacją - jednym szybkim i zwinnym ruchem odgryzłby jej głowę! Raz w życiu refleksu mi starczyło i chwała mi, o więcej nie proszę. Następne trzy dni natomiast, gdy tylko próbowaliśmy ich socjalizować JOKO, i owszem syczała mało przyjaźnie, ale LISOWI normalnie trzęsło się wszystko uciekał, a jak nie mógł uciekać to się kulił. No koszmar jakiś. Po tygodniu role się odwróciły, a po dwóch zaczęli poczynać sobie jak równy z równym. Teraz są nierozłączni ale nadal dla siebie złośliwi. To w końcu jeszcze dzieci .







czwartek, 14 lipca 2016

Odbudować stado

Jesteśmy aspirującą domową hodowlą Akit Japońskich.


Zawsze mieliśmy w domu zwierzęta. Pies i Kot to dobry duet.
Na początku  był Rybak- Owczarek niemiecki oraz Kapuśniak- klasyczny portowiec znaleziony w porcie szczecińskim.
Rybak opuścił nas w 2012 roku, a Kapuśniak w 2015.

Czteroosobowe  ludzkie stado poczuło pustkę i tęsknotę za futrzanymi towarzyszami życia.


24 sierpnia 2015 roku zawitaliśmy w hodowli Pana Dariusza Migdała Migoto Inu w Brwinowie. Tam poznaliśmy LISA.



Miłość to była od pierwszego wejrzenia i z wzajemnością wielką.
Lisu był ostatnim szczenięciem z miotu, chłopcem aktywnym i wesołym. Ponieważ jednak urodził się w połowie czerwca nie było nam dane oglądać najbardziej pociesznych wybryków uczącego się życia szczenięcia.

Sam proces zakupu trochę nas zaskoczył. zanim Pan Dariusz zechciał rozmawiać o oddaniu nam psa, przepytał nas z dorobku psiego życiowego, opowiedział wszystko o Akitach i chyba próbował ocenić czy na właścicieli tak zacnego potomka rodu możemy się nadawać.

Test zdaliśmy pozytywnie, a właściwie Lisu i Rafał zdali. Jak widać na zdjęciach nie mogli się od siebie oderwać więc wyjścia raczej nie było, albo Pan Dariusz kupi Rafała albo my Lisa, bo o rozdzieleniu tej pary mowy być nie mogło.

Dumni i bladzi wróciliśmy do domu zaprezentować nowego członka rodziny dzieciom.

Następnie przystąpiliśmy do edukacji w zakresie tej specyficznej i cudownej rasy. Uczymy się do dziś. Ale wszystko to, co piszą o Akitach to prawda i za to je kochamy.

Minął już rok. Będziemy pisać nie tylko o tym co u nas na bieżąco ale i wspominać, tak aby historia stała się całością.

Na dziś dzień mamy Lisa, Joko- kotkę brytyjską... Ale o ich trudnym związku opowiem w następnym wpisie. Spodziewamy się tez młodej Akiciej damy, która dołączy do naszego stada w sierpniu, na co czekamy z niecierpliwością.

Na podstronach niniejszego bloga przeczytacie o codziennym życiu Lisa, Sroki i naszych przygodach z wystawami.